Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Artur Pałyga, data publikacji: 2019.04.16

RUBIN, JANICZAK, GERRON

Przecież żaden film nie odtwarza rzeczywistości, nie łudźmy się. Westerny z Johnem Wayne'm nie są ani o milimetr bliższe prawdy niż „Triumf woli” Leni Riefensthal. „Frankenstein”, „Błękitny anioł”, słynny dokument z życia mieszkanców Grenlandii pt: „Nanuk z Północy” itd. itp. jeśli coś odtwarzają, to czas, w którym powstały i ukształtowaną w tym czasie ludzką wyobraźnię. Więc dlaczego nie? Dlaczego nie zrobić pogodnego filmu o getcie żydowskim w III Rzeszy? Pogodnego dokumentu? Dlaczego nie nazwać go: „Fuhrer dał Żydom miasto”? Może być to film tak samo prawdziwy jak „Nanuk” i tak samo prawdziwe emocje budzący jak „Błękitny anioł”.

Tak mógł myśleć Kurt Gerron, aktor i reżyser filmowy w przedwojennych Niemczech i potem, w III Rzeszy, Żyd zaprzęgnięty do pracy przez Geobbelsowski aparat propagandy.

Na ile można sobie pozwolić, próbując ocalić życie? Na ile warto sobie pozwolić? Na wszystko? Może tak. Może na wszystko.

Leni Riefenstahl, która nie robiła swoich filmów, aby uratować życie, ale po prostu, bo chciała (plus sława i pieniądze), cieszy się do dzisiaj zainteresowaniem, renomą i szacunkiem. Wprawdzie świetnie się znalazła w zbrodniczym systemie, ale wybaczamy, gdyż zrobiła bardzo dobre i bardzo przełomowe filmy. Trochę się tłumaczyła z tej pracy w propagandzie, ale w zasadzie nie musiała. Jej wielkość jest niekwestionowana.

Kurt Gerron, choć jego przesłanki są trudniejsze do zakwestionowania, jest w kłopotliwym cieniu. Leni pokazywała morderców w glorii i chwale. Kurt pokazywał ofiary tak jakby nie były żadnymi ofiarami. Filmy Leni nieustannie oglądane są na całym świecie. Z filmu Kurta Gerrona pozostały strzępy. Leni po wojnie zaliczyła jeszcze niejeden bankiet. Kurt po skończeniu filmu o tym, jak dobrze jest w żydowskim getcie, od razu trafił do komory gazowej w Auschwitz.

A przecież nikt nie lubi ofiar. Szczególnie tych, co próbowały się ratować, idąc na układ z mordercą. A litość to maska, którą zakłada pogarda.

 

Jutro słynny tandem: Wiktor Rubin i Jola Janiczak rozpoczną w naszym teatrze pracę nad spektaklem o Kurcie Gerronie.



Artur Pałyga, data publikacji: 2019.04.03

RÓŻA MARIA

Funkcjonujemy z Magdą Fertacz na polskiej scenie dramatopisarskiej od kilkunastu lat. Patrząc poprzez nią, poprzez nasze pisanie i nasze spotkania w teatrze, mógłbym prześledzić, jak się ten teatr zmieniał przez ostatnie lata. I jak zmieniał się świat. Bo w kropli widać przecież całość.

Pamiętam, jak Magda wygrała pierwszą Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną. Pamiętam, jakiej to było rangi wydarzenie. Bo miała wygrać „Nasza klasa” Tadeusza Słobodzianka. Bo „Nasza klasa” wydawała się murowanym faworytem. Takim na bank. A tu Magda Fertacz i „Trash Story”, w której to sztuce niezapomnianą rolę zagrała potem Jadwiga Jankowska-Cieślak.

Potem początki festiwalu R@Port w Gdyni, gdzie z Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i Magdą Fertacz płyniemy razem na fali wznoszącej, choć chyba wtedy tego nie czujemy. Chyba naturalne jest dla nas i nie wbijające w żadną pychę, że na kolejnych R@Portach sporą część repertuaru stanowią nasze sztuki.

Potem dyskusje o pisaniu. Próba zbratania się z filmem, kiedy środowisko filmowców zaprosiło grupkę dramatopisarzy na Gdyński Festiwal Filmowy. Panele dyskusyjne, rozmowy, rozmowy. I Magda Fertacz, i Gosia Miszczuk, i Michał Walczak, i Marysia Wojtyszko. I inni. Lepi się środowisko dramatopisarzy, jak śniegowa kula. A Magda w tym środowisku gra jedną z ról głównych.

No i wspólna praca moja i Magdy nad „Hamletem '44” w Muzeum Powstania Warszawskiego w reżyserii Pawła Passiniego. Jeden z dwóch przypadków, kiedy pisałem wspólnie z kimś sztukę. Oba przypadki były z Magdą Fertacz. Pamiętam zderzenie z jej poetyką, z labiryntami jej wrażliwości. To było niezwykłe.

Polityczność, zawsze polityczność. Zawsze, przez te kilkanaście lat Magda przywraca głos tym, którym go odebrano. Łagodniej, potem ostrzej, z przytupem.

I po paru przeczytanych zdaniach wiedziałem zawsze, że to jest tekst Magdy Fertacz.

Teraz spoza Polski, bo mieszka w Andaluzji. I trochę spoza polskiego teatru. Bo środowisko nasze dramatopisarskie szybciutko dojrzało i pękło. Konfiguracja okazała się pozornie stabilna, jak śniegowy płatek.

Teraz temat bardziej globalny. Jak bardziej globalny niż polski jest Roman Polański i jego kobiety. I jego diabeł.

W „Trash Story” najżywszą postacią było nieżyjące dziecko. Tutaj w zapowiedziach przed premierą „Rosemary” w reż. Wojciecha Farugi, Magda mówi, żeby założyć, że żadnego diabła nie ma, a wszystko to ludzie. I wciąż przywraca głos. Otrzymuje go Rosemary, która u Polańskiego go nie ma.

W Teatrze Śląskim Magdy Fertacz jeszcze nie było. Dzień dobry.



Artur Pałyga, data publikacji: 2019.02.21

TEATR NOWYCH TEKSTÓW

Chciałbym zwrócić uwagę na coś, co wcale nie jest takie oczywiste, jakby się mogło wydawać. Mianowicie, jak ważny dla tego Teatru jest współczesny, polski tekst. Mamy plejadę współczesnych autorów polskich:

Szczepan Twardoch, który mówi, że to jego teatr,

Jerzy Pilch, którego zagrano u nas po raz pierwszy na Śląsku, a więc w jego ojczystym regionie,

Magda Fertacz,

Janusz Głowacki,

Bruno Schulz

Przemysław Wojcieszek

i oczywiście Kazimierz Kutz ,

a od dopiero co Marek Modzelewski.

Wydaje mi się, że nie ma drugiego takiego teatru w Polsce, gdzie w jednym sezonie, w repertuarze byłoby tyle współczesnych polskich tekstów.

Czy to jest ważne? A co lepiej opisze obecną rzeczywistość tutaj niż współczesny tekst stąd? Więc chyba tak. Chyba ważne.

A pisze to z satysfakcją żyjący autor, który tu znalazł swoje miejsce.



Artur Pałyga, data publikacji: 2019.01.30

DEMONY, DIABŁY, ANTYCHRYST

Jeśli teatr reaguje na sytuację, niekoniecznie bezpośrednio i niekoniecznie do końca świadomie, ale jeśli rzeczywiście rezonuje z tym, co, można powiedzieć, jest w powietrzu, to znaczy, że świat wokół Teatru Śląskiego zrobił się bardziej mroczny. Teatr nie wywołuje, ale odpowiada, wydobywa to, co nie do końca widoczne. I tak po premierze "Wielu demonów" zagościła w Wyspiańskim Rosemary. Znakomita autorka, Magda Fertacz, zwyciężczyni historycznej pierwszej Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, inspirowała się słynnym horrorem Polańskiego pt. "Dziecko Rosemary". Kto zna twórczość Magdy Fertacz, wie, że to tylko inspiracja i że będzie gęsto i będzie niespodzianka.

Po adaptacji polskiej powieści Jerzego Pilcha mamy więc inspirację Polańskim. A na scenie wciąż "Psubracia", więc krew się leje, a zło przegląda się w scenicznym lustrze. Może się wystraszy samo siebe i ucieknie gdzieś z wiatrem, przycichnie.

Jest metafizycznie. Wyspiański chyba by był zadowolony.