Ryszard Zaorski

Urodził się w 1928 roku we Lwowie, podczas wojny łącznik w Szarych Szeregach. Karierę aktorską rozpoczął w 1950 roku. Występował w Teatrze Starym w Krakowie, Teatrze Śląskim w Katowicach, Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, Teatrze Polskim w Warszawie, Teatrze Ludowym w Nowej Hucie.

W roku 1995 Ryszard Zaorski obchodził 45-lecie pracy artystycznej.

Słoneczny chłopiec

Ale to był bal...! We wrześniu 1995 roku Teatr im Wyspiańskiego w Katowicach, ten sam teatr, który po wojnie przygarnął wygnany ze Lwowa Teatr Polski, znów przypomniał sobie o Lwowie. Ma bowiem w swym zespole ulubieńca śląskiej widowni, aktora rodem znad Pełtwi, który właśnie obchodził 45-lecie pracy scenicznej. A więc benefis! Na tę okazję wybrano komedię Neila Simona "Słoneczni chłopcy", w której beneficjanta obsadzono w roli Ala Lewisa. Nie można było lepiej utrafić, bo któż lepiej mógłby się wcielić w postać "słonecznego chłopca" niż właśnie chłopiec z miasta, które, co dowiódł już Makuszyński, miało "słońce w herbie".

Ten sceniczny słoneczny chłopiec Al Lewis, w życiu prywatnym nazywa się Ryszard Zaorski. Jubileuszowe przedstawienie trwało godzin dwie; samo odczytywanie depesz gratulacyjnych drugie tyle. Już dawno widownia zapomniała o tekstach Neila Simona, wsłuchana w teksty pism gratulacyjnych prezydenta Wałęsy, premiera Oleksego, metropolity śląskiego Zimocha, ministra kultury Dejmka, stowarzyszeń, kolegów aktorów z całej Polski. Potem dawali sobie niedźwiedzia z jubilatem harcerze (którym był), górnicy (którym gra), delegaci śląskiego Towarzystwa Miłośników Lwowa (którym jest). Kwiatów zaś było w pewnym momencie na scenie tyle, że z łatwością obdzielić by mogły z pięć klombów w Stryjskim Parku.

Z wszystkich polskich Zaorskich, działających w kulturze, Ryszard ma nad innymi tę przewagę, że urodził się we Lwowie. W 1928 roku, dokładnie zaś 27 marca, co o tyle nie jest bez znaczenia, że tego dnia wypada akurat Międzynarodowy Dzień Teatru, co, jeśli wierzyć gwiazdom, zdecydowało widać o jego przyszłym losie.

Ten los nie był jednak tak od razu zdeterminowany i w różnych latach oscylował pomiędzy wojskiem i medycyną, o czym będzie jeszcze mowa. Tata Kazimierz był zawodowym wojskowym i wkrótce służba nakazała mu opuścić Lwów, dzięki czemu mały Ryszard już za młodu odbył pierwsze w życiu turnee, odwiedzając Łuck, Kowel, Białystok, Ostrołękę i Warszawę. W tej ostatniej właśnie wpadł na pomysł Zaorski-senior, by swoją profesję zawodowego oficera potraktować dynastycznie. Wysłany zatem został Ryszard na powrót do Lwowa, aby ubiegać się o przyjęcie do Szkoły Kadeckiej. Tyle, że był to akurat sierpień 1939 i kadetem już Ryszard zostać nie zdążył. Miał sobie to powetować dopiero po trzydziestu z górą latach, kiedy jako "Dzielny wojak Szwejk" otrzymał za tę rolę "Złotą maskę".

Kiedy tamtego sierpnia wrócił ze Lwowa do Warszawy, ojca już w niej nie zastał. W czasie okupacji słoneczny chłopiec był łącznikiem stołecznych Szarych Szeregów. Już wtedy miał szczęście do ról znaczących, chociaż kiedy spełniał tę akurat misję łącznika, nie miał pojęcia do kogo go z meldunkiem posłano. Dopiero przed dwoma laty na Zjeździe Kombatantów znów zetknął się z adresatem ówczesnej przesyłki. A był nim Jan Nowak-Jeziorański.

Już po wojnie, po maturze zdanej w Ostrołęce, nastąpiła wśród najbliższych ta polaryzacja planów na przyszłość: polonistka p. Rogalewicz, która prowadziła w gimnazjum teatrzyk uczniowski, namawiała Ryszarda na zawód aktorski. Rodzina chciała w nim widzieć lekarza. Zawsze taktowny słoneczny chłopiec, nie chciał żadnej ze stron sprawić przykrości, zdawał więc w Krakowie egzaminy równocześnie w Państwowej Szkole Dramatycznej i w Akademii Medycznej i - żeby było z happy endem - przyjęto go na obie uczelnie. Entliczek-pętliczek, zielony stoliczek i wypadło z wyliczanki na scenę. Ale żeby i medycynie stało się jednak zadość, to Szkoła Dramatyczna mieściła się ausgerechnet przy ulicy Szpitalnej 40.

Szkoła była bogata w przyszłe talenty, ale uboga w kwatery i biedny student nocował na ławce; na przemian albo na krakowskich plantach, albo na mniej wygodnej, ale za to pod dachem, bo na terenie Dworca Kraków Główny. Którejś nocy (a nie był to "Sen nocy letniej") kiedy tak spał na plantach, śniąc o karierze co najmniej Solskiego, budzi go ktoś, szarpiąc brutalnie za ramię.

Otwiera oczy słoneczny chłopiec, a nad nim -jeszcze wprawdzie nie Solski, ale za to Tadeusz Łomnicki. I proponuje nie rolę wprawdzie, ale za to łóżko w swoim mieszkaniu. Spał na nim przez lat siedem. Tak to chłopiec z Podhajec wyratował z opresji chłopca ze Lwowa. Nie straciłem z nim kontaktu do ostatnich dni jego życia - wspomina do dziś Ryszard Zaorski - należałem do tych nielicznych, którzy zdążyli obejrzeć jego fascynującą kreację króla Lira podczas próby w poznańskim Teatrze Narodowym, cztery dni przed jego tragiczną śmiercią na scenie.

Już od pierwszego roku studiów miał szczęście do dużych nazwisk: uczyli go Bronisław Dąbrowski, Gustaw Holoubek, Władysław Krzemiński, Zdzisław Mrożewski, który awansował go na swego asystenta, a kolegami z roku byli m.in. Sławek Voit i Zdzisław Maklakiewicz. W ogóle w tym czasie krakowskie sceny to był firmament gwiazd: Fertner, Kurnakowicz, Solski, Opaliński, Jaroszewska, Haniecka, Zaczyk... W Polsce należało w tym czasie do dobrego tonu, chociaż dwa razy w roku wybrać się do Krakowa, żeby obejrzeć te znakomitości. Sam, pamiętam, dwukrotnie jeździłem, żeby zobaczyć Kurnakowicza w wirtuozerskiej wprost roli marynarza Szwandii w sztuce Treniewa "Lubow Jarowaja". Skąd mogłem wiedzieć, że uwijał się tam wtedy po scenie wśród tłumu chłopak sprzedający gazety. Może gdyby chociaż zawołał (ale epizod był niemy) poznałbym po bałaku z kim okoliczność...

Wkrótce gazety doniosły i o nim, w recenzji z "Romansu z wodewilu", gdzie obok Fertnera, Holoubka i Hanieckiej, rolę Walusia zagrał debiutant Ryszard Zaorski. Kiedy ten Waluś wyskoczył z debiutanckich dołków startowych, nie wiedział jeszcze, że na dystansie o długości czterdziestu pięciu lat przeistoczy się w 250 (!) scenicznych postaci. Bo był i Bobczyńskim w "Rewizorze", Stańczykiem w "Weselu", Fedyckim w "Ich czworo", Yladimirem w "Czekając na Godota", Dyndalskim w "Zemście", Rzecznickim w "Fantazym", Mikem w "Widoku z mostu", Franiem w "Szczęściu Frania"...

A właśnie. Szczęście miał nie tylko Franio, ale i sam artysta, który go kreował. Pikantnym bowiem, nam tylko zrozumiałym, szczegółem owego przedstawienia była obsada tego spektaklu, składająca się z samych Iwowiaków. Partnerowali mianowicie Zaorskiemu Bogumiła Murzyńska i Jerzy Głybin, którzy zdążyli si jeszcze we Lwowie urodzić, w życiu prywatnym są małżeństwem, a pani Bogusia jest bratową Marty Markuniny, dyrektorki jednej z dwóch polskich szkół w dzisiejszym Lwowie, szkoły mianowicie Nr 10, czyli dawnej Marii Magdaleny.

Wszyscy są zgodni, że szczytowym osiągnięciem słonecznego chłopca, jest dzielny wojak Szwejk, którego na zmianę z Kazimierzem Brusikiewiczem grał dziewięćdziesiąt razy. W tym zatem miejscu zgodnie ze szwejkowskim tekstem ich meldegehorsam, czyli melduję jeszcze posłusznie, że jest Ryszard Zaorski długoletnim działaczem ZASP-u i Towarzystwa Kultury Teatralnej, inicjatorem wielu akcji społecznych na rzecz środowiska teatralnego i kieruje pomocą dla aktorów-emerytów.

Jedna tylko wielka szkoda, że dzięki przewrotnej reżyserii Roosvelta, Churchilla i Stalina, wszystko to działo się na scenie śląskiej, zamiast jak Bóg przykazał, na Wałach Hetmańskich...