|
|
Marcin SławińskiW 1973 r. ukończył studia na Wydziale Aktorskim PWST w Warszawie i przez 10 lat pracował jako aktor Teatru Narodowego. Od 1983 r. (po zdobyciu dyplomu na Wydziale Reżyserii tej samej uczelni) zajmuje się reżyserią. Jako aktor grał głównie w repertuarze klasycznym, reżyseruje zaś nieomal wyłącznie sztuki współczesne. Przygotował ponad 50 przedstawień w 15 polskich teatrach, z czego ponad 20 tytułów to polskie prapremiery. Za ważne w swojej biografii uznaje przedstawienia z lat 80. o wyraźnej wymowie społeczno-politycznej: Róbmy swoje wg W. Młynarskiego, Kompot J. Kofty i B. Rychtera, Pięć dni Lemuela Gulliwera K. Nowickiego, Nagi król E. Szwarca, Mandat N. Erdmana, Policja S. Mrożka. Z realizacji po 1989 r. wymienia: Zbrodnie serca B. Henley, Pokój stołowy A. Gurney'a, Pokój Marvina S. Mc Phersona, Seksualne perwersje w Chicago D. Mameta i Sztukę Y. Rezy - teksty autorów zainteresowanych indywidualnymi problemami człowieka, którym nieobce jest humorystyczne widzenie współczesnego świata. Ma na swoim koncie szereg pozycji lekkiego repertuaru, m. in. sztuki A. Ayckbourna, M. Frayna, M. Schisgalla, N. Simona, R. Cooneya i K. Ludwiga, kilka przedstawień Teatru TV i serial komediowy. Był kierownikiem artystycznym teatrów Kwadrat w Warszawie i Powszechnego w Łodzi. Dobrze znany na Śląsku. Od lat współpracuje z Teatrem Śląskim im St. Wyspiańskiego (spod jego ręki wyszedł spektakl Nie teraz, kochanie). W Teatrze Nowym w Zabrzu wyreżyserował Wampira W. Tomczyka. Przedstawienie wygrało festiwal "Rzeczywistość Przedstawiona" oraz X Ogólnopolski Konkurs na wystawienie polskiej sztuki współczesnej. Istnieje bardzo sprawiedliwa i obiektywna ocena teatru komediowego, sprawiedliwsza od recenzentów. To sala. Widownia, która bawi się lub kompletnie nic jej nie śmieszy. Przygotowując sztuki "śmieszne" mam zawsze duże obawy, z końcem prób żaden z ogranych po tysiąckroć dowcipów już nie śmieszy, nic się nie układa, napięta do granic wytrzymałości nerwów "maszyneria" teatralna w przedpremierowej gorączce zgrzyta i trzeszczy. I dopiero podczas pierwszego spektaklu ta poczwarka przeradza się, no, ma szansę przerodzić się w motyla. Współpracuję często z fachowcem od komedii Wojciechem Pokorą i on na ostatnich próbach zwykł dopominać się publiczności. Bo potrzebuje już publiczności - partnera oddziałującego z drugiej strony. (...) Nie wierzę, że można usiąść przy biurku, wyrysować sobie wszystkie sytuacje flamastrami i potem odwzorować ten układ na scenie. Ufam intuicjom i pomysłom, które rodzą się podczas prób. "Jeśli pracuje się nad sztuką, którą uważa się za dobrą, i ze zdolnym, lubiącym się zespołem, to tzw. dobra atmosfera podczas przygotowań musi przenieść się na scenę" - powiedział w rozmowie z Leszkiem Karczewskim, dziennikarzem Gazety Wyborczej. |