|
18.11.2009
|
„Nie jestem niewolnikiem tekstu” W ramach Studium Wiedzy o Teatrze widzowie po raz kolejny mieli okazję spotkać się z Grzegorzem Kempinsky’m (wcześniej spotkania z nim organizowano już w związku ze „Zdobyciem bieguna południowego” i „Jordanem”). Na wstępie nakreślono sylwetkę etatowego reżysera Teatru Śląskiego, który – co ciekawe – skończył również szkołę filmową (miał wówczas zajęcia z Andrzejem Kondratiukiem, Jerzym Kawalerowiczem, Tomaszem Lengrenem, zdjęcia do „Klatki tygrysa” zrobił Bartłomiej Frykowski). Miało to miejsce w roku 1991 i sam przyznaje, że był to czas zawieszenia między rzeczywistością lat 80., która wciąż była nieodległą przeszłością a nowym, którego jeszcze nie było. Telewizja ciągle kojarzyła się z kolaboracją (pamięć o bojkocie w czasie stanu wojennego nadal była żywa), więc reżyser zwrócił się w stronę teatru. Ponieważ na roku było 13 reżyserów, wzięli na warsztat „Mistrza i Małgorzatę” i wzajemnie się reżyserowali. Jednak sentyment do teatru pozostał i kolejnym etapem był Teatr Studyjny w Łodzi, będący wówczas bardzo niezależnym bytem. Kempinsky zaczął od sztuki Marguerite Duras „Agata” (przedstawienie było dyplomem występujących w nim aktorów), później bywało zarówno na wskroś współcześnie („Pierś, czyli przypadek Davida…” według Philipa Rotha, powrócił do tego tekstu, wystawiając go w 1995 roku w Teatrze Wybrzeże), jak i klasycznie („Panna Julia” Strindberga we własnym przekładzie). Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie przyjaciel reżysera, Dariusz Wiktorowicz, który ściągnął go do Katowic, nie oglądalibyśmy „Sinobrodego”, „Oskara i pani Róży” czy „Króla Edypa”. W trakcie rozmowy z ówczesnym dyrektorem Henrykiem Baranowskim Grzegorz Kempinsky zaproponował „Pana Pawła” Tankreda Dorsta, wkrótce zaczęły się próby, premiera miała miejsce w kwietniu 2004 roku, a grający tytułową rolę Wiesław Sławik otrzymał Złotą Maskę. Sam reżyser przyznaje, że wówczas nie zdawał sobie sprawy z rangi tej nagrody – był w Katowicach po raz pierwszy i nie miał pojęcia na przykład o istnieniu podziału na Śląsk i Zagłębie. Zanim jednak Grzegorz Kempinsky trafił do Teatru Śląskiego, przeżył dość intensywny flirt z polskimi serialami – pisał scenariusze do „Zostać miss”, „Zostać miss 2” i „Czego się boją faceci, czyli seks w mniejszym mieście” (wyreżyserował kilka odcinków). Razem ze współscenarzystą, Tomaszem Solarewiczem, pojawili się także w epizodach (jako ochraniarze i strażnicy), co miało jedynie być rodzajem żartu i potwierdziło przypuszczenie reżysera, że bycie aktorem raczej mu nie grozi. Grzegorz Kempinsky przyznaje, że, owszem, z pisaniem dla telewizji wiążą się spore pieniądze, ale pracę tę wspomina jako mękę – jego polecenia w tej „fabryce gwoździ”, gdzie liczy się tylko „wyrobienie dniówki”, a rządzi zasada „im taniej, tym lepiej” (czytaj: tym głupiej), ograniczały się do „Start kamera” i „Stop kamera”. Być może również dzięki temu, że był w samym środku tego typu produkcji, dzisiaj może sobie pozwolić na kpiny z rodzimych celebrytów (nasze gwiazdy prezentują poziom „dolnoalbański”), swojej pracy na planie serialu z Cezarym Pazurą („Musiałbym sobie wszczepić silikonowy implant mózgu, żeby to wytrzymać”) i tych, którzy odczuli na własnej skórze deprawującą moc pieniądza (pisanie dla telewizji pociąga za sobą różnego rodzaju „bonusy”: jadanie za darmo w restauracjach, darmowe wejścia do klubów, otrzymywanie platynowych kart i inne tego typu bzdury). Wydaje mi się, że ujął siedzących na widowni, z którymi miał nieustanny kontakt wzrokowy, swoją bezlitosną szczerością (na temat siebie i innych) i brakiem pozy „wielkiego pana reżysera, który odkrywa swe prawdy maluczkim”. Potrafi powiedzieć, że wciąż czuje się niedoświadczony (zawsze na pierwszej próbie wydaje się sobie „żółtodziobem”), każda premiera kosztuje go wiele emocji i nie wstydzi się napisać Facebooku: „Wypaliłem pół paczki fajek. Nadal nic nie wiem” (po próbie sytuacyjnej do „Zagraj to jeszcze raz, Sam”). Reżyser opowiedział też co nieco na temat swojego sposobu pracy. Tworzy na własnym organizmie i nie jest to zabieg bezbolesny. Materią jest to, co przeżył, przeczytał, obejrzał, ale nie można z tego źródła czerpać w nieskończoność. Dlatego najgorszą rzeczą, jaka może przydarzyć się reżyserowi, jest wypalenie, po którym nie znajdzie się już sił do dalszej pracy. Grzegorz Kempinsky nie należy do twórców, którzy przychodzą na próbę, mając dokładnie rozrysowane, co aktor ma zrobić na scenie. On szuka „wewnętrznego tonu” spektaklu (temu służy pierwsze czytanie dramatu), ale nie jest niewolnikiem tekstu, ponieważ przedstawienie wibruje żywym tekstem i to na nim się pracuje. Trzeba tylko usłyszeć „mowę spektaklu” i dać się ponieść jego duchowi. W pracy coś takiego zdarzyło mu się już dwa razy: w „Sinobrodym” Dei Loher było sześć postaci kobiecych, ale na Scenie Kameralnej zobaczyliśmy jedynie pięć. Z kolei z traktującego o samobójstwie „Legolandu” zniknęły dwie ostatnie sceny dramatu Dobbrowa, ponieważ reżyser uznał, że powiedziano już wszystko. „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Grzegorz Kempinsky przeczytał 15 lat temu i zapisał ten tytuł w swoim notatniku (figuruje tam 20 pozycji). Co ciekawe, reżyser przy wyborze tekstu nie kierował się tematem czy szczególnym uwielbieniem dla twórczości Allena – podstawowe kryterium jest proste: dramat mu się podoba lub nie. Sztuka prowadzącej spotkanie Renacie Janiszewskiej skojarzyła się z filmem „Purpurowa róża z Kairu” (tam postać również schodzi z ekranu), reżyser z kolei wyznał, że dla niego – podobnie, jak dla Alana, bohatera „Zagraj to jeszcze raz, Sam” – sztuczna rzeczywistość jest ucieczką od świata, w którym media codziennie karmią nas krwawymi newsami. W przedstawieniu będzie „kilka warstw w torcie” – wyobrażenia i retrospekcje, na które nałożona zostanie metateatralność. Alan swoje monologi skieruje bezpośrednio do widzów, zasygnalizuje istnienie reżysera, który zmienił mu tekst, lecz publiczność nie zostanie zaktywizowana w takim stopniu, jak miało to miejsce w „Bogu”. Rzecz dzieje się w latach 70., więc młody biznesmen Dick - zamiast biegać z telefonem komórkowym przy uchu - będzie dzwonił do firmy ze stacjonarnego aparatu telefonicznego. Również scenografia i kostiumy będą bardzo czytelnie odnosiły się do tamtego czasu. Warto wspomnieć, że „Zagraj to jeszcze raz, Sam” – mimo humorystycznej formy - stawia istotne i uniwersalne pytania: czy piękna żona przyjaciela może się zakochać w mężczyźnie, który nie jest przystojnym atletą? I czy w ogóle między kobietą a mężczyzną możliwa jest „przyjaźń platoniczna”? Myślę, że ta opowieść o poszukiwaniu miłości skusi również obecną na widowni w trakcie wtorkowego spotkania młodzież… Tomasz Klauza
|