25.02.2010
relacja z sesji
"Aktualność Gombrowicza"

Czekając na Gałkiewicza

Tak licznego audytorium nie było w Sali Rady Wydziału od czasu spotkania z Tadeuszem Różewiczem. Mimo, iż Attila Keresztes i Bianca Imelda Jeremias - z racji przedpremierowych obowiązków - musieli wyjść wcześniej, przez godzinę odpowiadali na pytania badaczy twórczości Witolda Gombrowicza (Klementyna Suchanow, Jerzy Jarzębski, Janusz Margański, Józef Olejniczak), teatrologów (Zakład Teatru i Dramatu UŚ reprezentowały dr Dorota Fox i dr Anna Tytkowska, z Budapesztu do Katowic przyjechała Nina Kiraly) i studentów Wydziału Filologicznego. Przedstawicielem Instytutu Nauk o Literaturze był Józef Olejniczak, Teatru Śląskiego z kolei – dyrektor Tadeusz Bradecki. Attila Keresztes uważa, że Filip posiada bardzo wiele cech wspólnych z Hamletem, a sama „Iwona…” niezwykle przypomina arcydzieło Szekspira (co ciekawe: ten schemat zauważył także Krystian Lupa, w jego spektaklu Filip - Jerzy Radziwiłowicz - był chłopcem z książką). Reżyser katowickiej „Iwony…” przyznał, że węgierski przekład dramatu Gombrowicza jest tak znakomity, że tłumacza śmiało można określić mianem współautora przedstawienia. Wprawdzie w języku węgierskim nie można oddać muzykalności polskiej mowy, ale za sprawą tłumaczenia można uwypuklić rytm, wywodzący się z muzyki języka węgierskiego. Attila Keresztes potwierdził, że znane przysłowie, dotyczące relacji polsko – węgierskich nie jest bezpodstawne – oba narody podobnie spoglądają na historię, społeczeństwo i swoją rolę w nim. Dla Keresztesa polski teatr – począwszy od początku XX wieku – jest współczesny, a dla Węgrów stanowi wzór. Powody wystawienia akurat „Iwony…” reżyser tłumaczył niewielką liczbą wybitnych dramatów węgierskich, a także ciekawością – chciał zrozumieć „bardzo polskie krążenie krwi” w tekście Gombrowicza. Poza tym ta sztuka jest po prostu znakomita. Do „Iwony…” podszedł z szacunkiem, ale zaznaczył, że być może niektórzy uznają jego inscenizację za gwałt, jakiego dopuścił się na tradycji grania tego autora. Wyznał także, że nie należy traktować tego spektaklu jako reprezentatywnego dla „węgierskiego stylu w teatrze” z bardzo prostego powodu: miał niewielką styczność z klasycznym teatrem węgierskim, ponieważ w szkołach uczy się teatru rumuńskiego. Reżyser opowiedział również o swoich relacjach z teatrem („organicznie żyjemy razem”), tym, czym dla niego jest teatralność („lubię ją w dobrym znaczeniu tego słowa”) i samym przedstawieniu, w którym bohaterowie będą bardzo rozpoznawalni, a akcja będzie się toczyć w czymś, co sam określa mianem „laboratorium duszy”.

Z kolei Bianca Imelda Jeremias, zapytana przez jednego ze studentów o miejsce scenografii w hierarchii dzieła teatralnego, odparła, że wizja plastyczna zawsze jest podrzędna wobec reżyserii. Kostium musi służyć, a nie przeszkadzać aktorowi w ruchu – modyfikowanie konceptów odbywa się w trakcie konsultacji z odtwórcami poszczególnych ról.

Autorzy książek o Gombrowiczu w trakcie dyskusji wspominali teatralne odczytania „Iwony…” – Jerzy Jarzębski opowiadał o przedstawieniu w Teatrze Śląskim, krakowskiej realizacji Krystiana Lupy i spektaklu z Teatru Ludowego w Krakowie, Józef Olejniczak – o „Trans – Atlantyku” i „Ferdydurke” Provisorium, Janusz Margański z kolei – o scenicznych interpretacjach Ingmara Bergmana i Grzegorza Jarzyny. Szwedzki reżyser pokazywał bohaterkę przez pryzmat doświadczenia protestanckiego świata, Horst Leszczuk – w przeciwieństwie do Jerzego Stuhra - wyjaśniał, dlaczego Iwona jest taka, jaką ją widzimy, a w spektaklu Józefa Czerneckiego była ładną dziewczyną z torebką, przewieszoną przez ramię – wyglądała, jakby przyszła prosto z ulicy. Klementyna Suchanow opowiadała o oglądanej w Argentynie scenicznej adaptacji „Pornografii” – z powieści usunięto wątek wojenny i ślady polskości, a skupiono się na wątku romansowym. W efekcie powstało duszne od erotyki przedstawienie, które oglądane na widowni, mogącej pomieścić 50 osób, robiło niesamowite wrażenie. Nina Kiraly wspomniała o świetnych recenzjach z „Kosmosu” Jarockiego, prezentowanego w Petersburgu (autor nie był tłumaczony na rosyjski) i przypomniała, że z Gombrowicza czerpał Tadeusz Kantor, realizując „Umarłą klasę”.

Gombrowicz zawsze umyka (niczym piskorz) i wszędzie pasuje (jak allenowski Zelig). Gdyby żył, zajmowałby się pewnie dekonstrukcją lub teorią queer. Janusz Margański stwierdził, że z niecierpliwością czeka na kogoś, kogo – jak Gałkiewicza z „Ferdydurke” – autor „Kosmosu” „nie zachwyca”. Ponieważ „by ocalić Gombrowicza, trzeba go najpierw ukatrupić”.

Tomasz Klauza