|
24.02.2010
|
Tadeusz Bradecki rozpoczął środowe spotkanie od opowiedzenia zebranym, jak doszło do współpracy Attili Keresztesa z Teatrem Śląskim. W listopadzie 2008 dyrektor artystyczny katowickiej sceny prowadził na Węgrzech warsztaty reżyserskie, w trakcie których pracowano nad dramatami Witolda Gombrowicza. Wtedy właśnie w ciągu czterech dni Attila Keresztes przygotował cały czwarty akt „Iwony, księżniczki Burgunda”. Pojawiło się pytanie: a może węgierski reżyser mógłby wystawić spektakl w Katowicach? Wszak od ostatniej „Iwony…” w Teatrze Śląskim minęły 23 lata… Attila Keresztes na dwa dni przed premierą zażartował, że w teatrze ten okres czasu to niemal 100 lat. Ma nadzieję, że wszystko się uda, a efektem będzie niezwykle żywe przedstawienie. Czytając tekst, doszedł do wniosku, że Gombrowicz, pisząc „Iwonę”, chciał powiedzieć: „Człowiek staje się pułapką dla samego siebie”. Zapytany o pracę w Teatrze, odparł, że pracowało mu się wspaniale i będzie wspominał te dwa miesiące, spędzone w Katowicach, jako spotkanie z wielką kulturą teatralną. Po raz kolejny podkreślił, że polski teatr jest jednym z najwybitniejszych miejsc w kulturze europejskiej, niezwykle otwartym na eksperymenty, gdy tymczasem scena węgierska dopiero się kształtuje. Z kolei Bianca Imelda Jeremias, zapytana o bardzo mocną formę teatralną katowickiej „Iwony…”, odpowiedziała, że śmiałe użycie makijażu ma za zadanie wyrażać dystans do rzeczywistości, przedstawionej w dramacie. Autorka scenografii przyznała, że z twórczością Gombrowicza styka się po raz pierwszy, ale uważa „Iwonę…” za bardzo piękną sztukę i jest szczęśliwa, że ma swój udział w powstawaniu tego przedstawienia. Attila Keresztes z dramaturgią autora „Ferdydurke” spotkał się m.in. na trzecim roku studiów, gdy na prośbę Gabora Tompy opowiadał grającym w „Operetce” aktorom o światowych odczytaniach dramatów Gombrowicza. Reżyser ze śmiechem wspomniał, że zagrał w tym przedstawieniu jednego z Lokajów – stojąc nieruchomo na scenie przed około sto minut miał czas, by zastanowić się nad tym, o czym traktuje ten dramat. O węgierskiej i rumuńskiej recepcji Gombrowicza opowiedziała świetnie mówiąca po polsku Nina Kiraly. Węgierską prapremierę „Operetki” widzowie komentowali: „Wcale niezła sztuka - mimo, że autor jest Polakiem”. Dużym zainteresowaniem publiczności cieszyła się „Iwona…”, wystawiona przez Krystiana Lupę w Teatrze im. Petofiego w Veszprem (marzec 1983). Co ciekawe – polski reżyser musiał przekonać tamtejszy zespół do grania w sposób antynaturalistyczny (teatr węgierski jest teatrem klasycznym). Dramaty Gombrowicza tłumaczyli m.in. Gyorgy Spiro i Istvan Eorgi, na Węgrzech również niezwykle ceniony jest „Dziennik”. Węgierscy twórcy bardzo często sięgają po polski dramat – wystawiano sztuki Mrożka („Miłość na Krymie”, „Tango”), Różewicza („Białe małżeństwo”, „Kartoteka”, „Wyszedł z domu”) i Witkacego („Matka”, „Wariat i zakonnica”). Znawczyni polskiego teatru i dramatu zauważyła, iż powodem zainteresowania tymi autorami jest również być może fakt, że w tradycji węgierskiej nie istnieje poczucie groteski i autoironii. Zgodził się z tym obecny na widowni Feliks Netz, zaznaczając jednak, iż wspomniane elementy można odnaleźć w twórczości Węgrów pochodzenia żydowskiego. Goście, zapytani o to, jaki dramat węgierski można by zaprezentować katowickiej publiczności, wymienili dwa tytuły: „33 czaszki Haydna” Petera Esterhazy’ego i „Ibusar”, którego autorem jest Lajos Parti Nagy. Pierwszy z tekstów opowiada o kompozytorze, uwikłanym w ideologię, drugi jest monologiem na temat losu kobiety w naszych czasach i polską prapremierę miał w marcu 1994 w łódzkim Teatrze Powszechnym. Nina Kiraly przez sześć lat prowadziła zajęcia z teatrologii na UJ, jako pierwsza wydawała po węgiersku teksty Tadeusza Kantora i miała okazję oglądać sztuki Gombrowicza w reżyserii Hubnera, Dejmka czy Bergmana. W poświęconym dramatopisarzowi „Pamiętniku Teatralnym” z 2004 roku znajduje się jej tekst, zatytułowany „Zaślubiny z Czardaszem”. We wspomnianym numerze możemy również znaleźć informacje m.in. na temat skandynawskiej, serbskiej, hiszpańskiej, francuskiej, niemieckiej, a nawet… japońskiej recepcji Gombrowicza. Tomasz Klauza
|