01.03.2010
Studium Aktorskie
egzaminy

Każdy powinien to zobaczyć

Poniedziałkowy (1 marca 2010) pokaz najciekawszych fragmentów prac egzaminacyjnych słuchaczy Studium Aktorskiego otworzyła scena z „Babci i wnuczka” Gałczyńskiego – pojawienie się Adamusa (Magdalena Brzózka) i wykonującego akrobacje Rączki (Grzegorz Grębosz). Był to jedynie prolog, którego ciąg dalszy nastąpił półtorej godziny później. Nim przyszła kolej na wiersz, prozę, piosenkę i podstawy gry aktorskiej, Jerzy Kuczera opowiedział co nieco na temat historii Studium – padły nazwiska Karola Adwentowicza, Wilama Horzycy, Gustawa Holoubka, Władysława Woźnika, a także obecnego na widowni Romana Michalskiego, któremu Teatr Śląski zawdzięcza reaktywację tej szkoły teatralnej. Oprócz pedagogów (Alina Chechelska, Bogumiła Murzyńska, Anna Kadulska, Anna Podsiadło, Jerzy Głybin, Antoni Gryzik) wśród widzów można było zobaczyć przedstawicieli mediów - m.in. Mirosława Rzepkę z „Gościa Niedzielnego”, a trwające 150 minut widowisko rejestrowała TVS.

Część właściwą rozpoczął fragment z „Jak wam się podoba”. W widowiskowej scenie zapasów Orlanda (Adam Ender) z Karolem (Przemysław Bollin) dużo bardziej interesujące niż sama walka było umieszczenie tekstu Szekspira w zabawnym kontekście – bohater rozmawia z Rosalindą (Wioleta Malchar) i Celią (Alicja Szymkiewicz). Pierwsza zdecydowanie bardziej mu się podoba (świadczą o tym słowa, kierowane do niej), ale druga również próbuje zwrócić na siebie jego uwagę, w efekcie Orlando musi więc prowadzić rozmowę raz jedną, raz z drugą.

Fragment „Filozofii po góralsku” księdza Józefa Tischnera, mówiony przez Malwinę Motykę, zabrzmiał idealnie. Wykonawczyni uwypuklała sensy, akcentowała to, co humorystyczne, świetnie czując gwarę – w jej monologu nie było ani grama fałszu. Z kolei Małgorzata Nowak, która wcieliła się w rolę wiewiórki, potwierdziła, że pantomima, wykorzystana w zajęciach z podstaw gry aktorskiej, to „najwyższa szkoła jazdy”.

Zaprezentowane piosenki były znakomicie wybrane – teksty napisali Agnieszka Osiecka („Tango Tandresse”), Grzegorz Ciechowski („Tango z pistoletem”) i Wojciech Młynarski („Ogrzej mnie”). Sąsiadowały z nimi „Tabakiera” Kayah i „Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos” Maryli Rodowicz, które nie odbiegały poziomem od wymienionych wcześniej tytułów. Najbardziej do tego, co określamy mianem „piosenki aktorskiej”, zbliżył się w „Tangu libido” Pudelsów Jakub Piwowarczyk. Pokazał, że w ciągu tych kilku minut przy mikrofonie coś musi się wydarzyć, a by ta zmiana nastąpiła, trzeba uruchomić „teatralność”. Na początku raczej nieśmiało recytował niż śpiewał (biała koszula z długimi rękawami podkreślała, że jego bohater jest grzecznym, dobrze wychowanym chłopcem), a słowo „przeleciałem” brzmiało nie jak stwierdzenie, lecz pytanie. Dopiero, gdy – zrzuciwszy koszulę – prezentował t-shirt AC/DC i ręce, pokryte „tatuażami”, zaczynał śpiewać tekst Macieja Maleńczuka pełnym głosem. Wykonanie „Ogrzej mnie” zabrzmiało tak, jakby Przemysław Bollin usunął z własnej świadomości wersję Michała Bajora. Bajor słowa piosenki kierował do abstrakcji, słuchacz Studium Aktorskiego – do realnie istniejącej osoby. Wioleta Malchar brawurowo zaśpiewała wspomniane już „Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos”, ale równie znakomicie zabrzmiały wykonania Iwony Sztuby (jej „Tango z pistoletem” było lepsze niż oryginał), Joanny Wawrzyńskiej („Tango Tandresse) i Justyny Maszczyk („Tabakiera”).

Druga część wieczoru również rozpoczęła się od Szekspira („Sen nocy letniej”). Czwórka słuchaczy Studium przypomniała, że z dzisiejszej perspektywy trudno nazwać ten utwór pogodnym – bohaterowie słowami ranią się wzajemnie niezwykle głęboko. Zapada w pamięć zagrana niesamowicie wiarygodnie scena, w której drobna Hermia (Wioleta Malchar), przytrzymywana przez Demetriusza (Adam Ender) i Lizandra (Przemysław Bollin), usiłuje kopnąć dokuczającą jej Helenę (Iwona Sztuba).

Wreszcie przyszedł czas na „Babcię i wnuczka” Gałczyńskiego. Od pierwszych minut spektaklu bardzo silnie akcentowana jest, wpisana w tekst, metateatralność. Rączka i Adamus, mając nadzieję na zebranie pieniędzy, wchodzą między widzów z kapeluszem, Zbyszek Lorelei (Tomasz Wołkiewicz) przedstawia się publiczności, a po kwestii Babci (Aleksandra Soroko) „Kto rano wstaje, temu Jowisz daje”, bohaterowie zastygają w bezruchu, by Wnuczek mógł trzykrotnie powiedzieć obecnym na widowni, że „dziadek o piątej rano wpadł pod motocykl”. Znakomitym pomysłem było stworzenie z monologu Zbyszka o babcinych zakazach rockowej piosenki – w połączeniu z adekwatnym kostiumem bohatera (m.in. skórzana kurtka i okulary przeciwsłoneczne) i światłami daje to świetny efekt.

Prym w przedstawieniu wiedzie Aleksandra Soroko. Każde jej pojawienie się na scenie stanowi potwierdzenie słów Zbyszka, że Lorelei nie tylko jest, ale wręcz istnieje. Słuchaczka Studium – mimo, iż występowała na scenie ze swoimi równieśnikami – bardzo wyraźnie zaznaczyła (głównie za pomocą głosu), że jej bohaterka nie ma dwudziestukilku lat. Jest kapitalna, gdy musi wykonać trzy głębokie oddechy, żeby się uspokoić, mówi, iż dzisiaj taka epoka, że wszystko możliwe i można skaleczyć się nawet szalikiem, oburza się, że Płeć ma „takie pornograficzne nazwisko”, po czym zakrywa Wnukowi oczy („Zbyszku, nie patrz na tego pana”), a na początku sztuki – widząc Zbyszka z damską torebką w dłoni – pyta, mierząc w niego parasolką: „czy tu u ciebie nie było jakiejś lafiryndy, wietrznicy, ficygerny, gamratki, słodkiego szczurka, że nie powiem: kociaka?”. Nie wspominając już o adresowanej do Katarzyny kwestii: „Rosła Katarzyna z liściem szerokim. To o pani? Nie? Nic nie szkodzi”. Nawiasem mówiąc, sztuka Gałczyńskiego zawiera całą galerię typów. Przykładowo - Elizejski, który obecnie reprezentuje smutek i uważa, że wygląda jak widmo, ponieważ cierpi z powodu niskiego wzrostu. Przemysław Bollin jest przezabawny w roli tego, wyraźnie zafascynowanego fizycznością współpracowniczki Rączki, „najniższego jamnika wszechświata”. Marcin Kaleta znakomicie poradził sobie z długim i trudnym monologiem Płci, a fragment o „haczyku” Anzelma Traczyka wywołał wesołość na widowni. Chłopczyca Katarzyna (Katarzyna Pawłowicz) zakochuje się w Zbyszku (z wzajemnością), a publiczność ogląda bardzo wiarygodnie zagrany rozwój tego pierwszego, dość nieporadnego jeszcze, uczucia – w jednej ze scen bohater komplementuje koleżankę, w innej próbują się pocałować, lecz w tym momencie wraca Babcia z Jerzym (Natalia Dzierżawiec świetnie poradziła sobie z niełatwym zadaniem, jakim było zagranie męskiej postaci).

Kwestia Ignacego o „wędrownych metafizykach, zdezolimpizowanych brutalnie przez demokrację ludową” znaczyła z pewnością co innego w realizacjach z lat 1955-1986 niż w wystawieniu A. D. 2010. Nie zmienia to faktu, że humor sprzed ponad pół wieku wciąż śmieszy – zarówno ja, jak i siedzący obok mnie widzowie, bawiliśmy się znakomicie. Żart na temat cudu na Łysej Górze, gdzie „wyrosły włosy” czy fragment, w którym Płeć z Elizejskim – po usłyszeniu nazwiska „Lorelei” – zaczynają nagle rozmawiać po niemiecku, powinien zobaczyć każdy. A sceny ze Zbyszkiem, czytającym pisemko typu „CKM”, nie wymyśliłby chyba nawet sam Gałczyński.

Tomasz Klauza