15.10.2009
Badenheim 1939
relacja z próby

Są reżyserzy, którzy siedzą na widowni i z perspektywy siódmego rzędu wydają lakoniczne polecenia typu: „Proszę grać!”. Piotr Szalsza z pewnością do nich nie należy. On stoi pod sceną, by w każdej chwili móc na nią wbiec. Nuci coś pod nosem, będąc w nieustannym ruchu. Pokazuje aktorom, jak mają grać przerażenie bohaterów na widok szlabanu i drutu kolczastego i wciela się w Salo (Krzysztof Misiurkiewicz). Mówi, która kwestia powinna zabrzmieć ironicznie, a która – sentencjonalnie, by po niej nastąpiła chwila ciszy. W scenie otrzymania listu przez panią Zauberblit (Maria Stokowska) ustawia nawet spojrzenia. W efekcie kobieta, mówiąc o mężu, który chce pozbawić ją praw rodzicielskich, patrzy na Lotti, a komiwojażer śledzi wzrokiem odchodzącą bohaterkę. Reżyser przemieszcza się, by móc objąć spojrzeniem całą scenę i zauważa, że w pobliżu prawej kulisy powinno być więcej przestrzeni (w scenie gry w szachy aktorzy siedzą stłoczeni), z kolei w tzw. sekwencji parasolowej jest zbyt dużo parasoli. Reżyser pilnuje nie tylko spojrzeń (Salo przerywa grę w szachy i spogląda na Langmanna) i ruchu (Karl chce się godzić z Langmannem, lecz ten go ignoruje), ale także mimiki (reakcja Schutza i Właściciela Hotelu na nazwanie ich „żydowską arystokracją”). Skupienie na pracy nie przeszkadza mu jednak, by błyskawicznie skomentować w dowcipny sposób na przykład dobiegający zza kulis okrzyk.

Nad adaptacją znakomitej powieści Apelfelda Piotr Szalsza pracował przez rok. Rozbija sceny, by połączyć ich fragmenty z innymi, kwestie narratora wkłada w usta postaci, o których ów wspomina (m.in. Pappenheim i Langmann), pani Zauberblit mówi kwestię Leona Semickiego, a Właściciel Hotelu wypowiada słowa, w powieści przypisane Starszemu Kelnerowi. W katowickim przedstawieniu demiurgami, którzy animują poszczególne sceny i od początku wiedzą, jaki los czeka Żydów, są Bliźniacy. Dwójkę bladych, wysokich osobników, recytujących wiersze Rilkego, zagrają Małgorzata Daniłow i Marek Rachoń. W scenie urodzin Gerti Bliźniacy nie tylko wjeżdżają na scenę ze stołami, ale także śpiewają. Kapitalny jest Langmann w wykonaniu Andrzeja Warcaby – pytający „Co to jest Żyd?”, antypatyczny typ, posiadający monokl i laseczkę. Leon Semicki w interpretacji Jerzego Głybina to nie – jak ma to miejsce w powieści – pijący prosto z butelki alkoholik, mieszający polski z jidysz, lecz elegancko ubrany mężczyzna, co jakiś czas pociągający z piersiówki. Rozkoszna jest Anna Wesołowska, która jako Sally nalega, by impresario poważnie odpowiedział jej na pytanie, czym wspólnie z Gerti będą się zajmować po przyjeździe do Polski. Mimo, iż panuje atmosfera rodem z „Czarodziejskiej góry”, co jakiś czas w dialogach sygnalizuje się nadchodzące zagrożenie. Pani Zauberblit mówi, że Starszy Kelner poi ich nie kawą, lecz nektarem, by pozbawić ich ewentualnych przyjemności na tamtym świecie, Pappenheim w rozmowie z Salo podkreśla, że wszyscy kiedyś byli w Polsce i do niej wrócą, Kelner – przy akompaniamencie groźnej muzyki – zmywa krew z podłogi (przed chwilą pijana Kelnerka z rozpaczy rozcięła sobie nożem udo), a Langmann, spoglądając na szlaban i drut kolczasty, dochodzi do wniosku, że być może Żydzi nie są nikomu do niczego potrzebni. Nie wspominając już o tym, że w powieści Bliźniacy recytują wiersze Rilkego, traktujące o śmierci…

W rozmowie z Dziennikiem Teatralnym dyrektor Bradecki nazwał spektakl Piotra Szalszy „dużym, bardzo muzycznym widowiskiem” – nie ma w tych słowach przesady. Na scenie zobaczymy 20 aktorów, a starszym kolegom po fachu towarzyszyć będą słuchacze Studium Aktorskiego. Jeżeli natomiast chodzi o warstwę muzyczną, to widzowie usłyszą m.in. Schuberta i trwający 1,5 minuty, grany na skrzypcach fragment jednego z mazurków Szopena. Muzyka klasyczna jest kolejną – po teatrze – miłością reżysera „Badenheimu 1939”. Wystarczyło, by Wiesław Sławik wspomniał ze sceny o Hubermanie, a reżyser natychmiast opowiedział zebranym, jaką drogę przebyły skradzione skrzypce wirtuoza, by ostatecznie trafić w ręce Joshuy Bella. Nawiasem mówiąc, w dniu, w którym odbywała się wspomniana próba, w kioskach można było kupić „Duży Format” ze zdjęciem amerykańskiego skrzypka na okładce i artykułem Witolda Szabłowskiego, który cytował w tekście monografię „Bronisław Huberman, czyli pasje i namiętności zapomnianego geniusza” pióra… Piotra Szalszy!

Tomasz Klauza