Paweł Sala - Szwaczki

Sztuka która nie pozwala widzowi pozostać obojętnym. Odważna opowieść o współczesnej rzeczywistości tej szarej okrutnej i brutalnej, której często nie chcemy dostrzegać. Protest przeciwko okrucieństwu: pracodawców, losu i boga, ludzi wobec samych siebie.

 

FRAGMENT

"Nikt z nas nie zauważył we wszechświecie ani anioła, ani archanioła... I sądzę, że i nasi koledzy kosmonauci ze Stanów Zjednoczonych ich tam nie widzieli."
(Walentina Tierieszkowa, rok 1972)

"Jestem bardzo zakłopotana tą wizją, która otwiera się przede mną w duchu jako wielka tajemnica. Nigdy nie widziałam jej zewnętrznymi oczyma. Jestem marna i bardziej marna jako kobieta. Już jako dziecko widziałam wielkie dzieła cudu, których mój język nie mógłby nigdy wyrazić, jeśli duch Boga nie nauczyłby mnie wierzyć."
(Hildegarda z Bingen rok 1141)

OSOBY:
SZWACZKA I, lat pięćdziesiąt pięć, wygląda starzej
SZWACZKA II, lat trzydzieści, wygląda młodziej
SZWACZKA III, lat czterdzieści pięć, karykatura trzydziestolatki
KROJCZY, rosły dwudziestopięciolatek o twarzy dziecka
SYNEK, siedmioletni syn Szwaczki II, niemowa
MARIA MIRACLE, w nieokreślonym wieku, po wielu operacjach plastycznych, cała na fioletowo, włosy również fioletowe.

Scena 1. Tu już nic nie ma
Rozjaśnienie. Odrapana ściana z zaciekami, wszędzie pełno błota i papierów. Pod ścianą młoda kobieta z synkiem niemową - wędrowcy. Synek tuli kota. Idą dokądś, byle dalej.
SZWACZKA II
MARIA MIRACLE, w nieokreślonym wieku, po wielu operacjach plastycznych, cała na fioletowo, włosy również fioletowe.
Chodziłam do lasu na grzyby. Zbierałam grzyby. Byliśmy całą wsią w lesie na jeżynach. Sprzedawałam przy drodze. Kupowałam jedzenie. Jedliśmy. Ale tu już grzybów nie ma, jeżyn też.
Chodziłam na złom. Zbierałam złom. Kiedyś było tu dużo złomu. Sprzedawałam w punkcie. Kupowałam jedzenie. Jedliśmy. Teraz już tu nie ma złomu. Znikły wszystkie figurki Chrystusa z krzyży na naszym cmentarzu.
Grzybów, jagód też nie ma ani uschniętych gałęzi, ani dzikich jabłek, ani szczawiu w rowach.
Zbieraliśmy cegły, po trzydzieści groszy za sztukę. Sprzedawałam. Kupowałam jedzenie. Jedliśmy, ale cegieł już tu nie ma.
Gdyby był taki skup, gdzie można by kamienie sprzedawać albo trawę, albo błoto, albo kałuże... Kamienie choćby po dziesięć groszy. Nosiłabym kamienie do skupu, a potem kupowałabym jedzenie i jedlibyśmy z małym.
A kałuże to po pięćdziesiąt groszy za jedną, a taką z księżycem na dnie to nawet i za złotówkę. Nosiłabym te kałuże, nosiłabym, nawet księżyca bym nie zgubiła.
Sprzedawałabym...
Tyle pieniędzy!
Bylibyśmy bogaci. Kupiłabym jedzenie. Buty małemu bym kupiła.
Teraz już tu nic nie ma. Chrystusy sprzedane na złom, potrzaskane. Pustka, jak po śmierci. Nicość. Nic...
Chodzimy w tej nicości jak otępiali.
Wszystko, co widać, to majaki, nawet już nie chce się w to wszystko wierzyć. Nie ma siły zmienić życia. Nie można zrobić nawet kroku do przodu ani do tyłu, ani odwrócić się i spojrzeć gdzieś indziej.
Bo wszędzie jest tak samo. Pusto. Nawet jak patrzę na mojego małego, to tak jakbym zjawę zobaczyła, nie mogę uwierzyć, że to on. W tej pustce istniejemy jakby majaki,
jakieś zjawy,
upiory.


Nie istniejemy,
nie-my.
To już nie my!
Gdybym tu jeszcze kogoś zobaczyła, ale stąd już wszyscy uciekli albo przestali istnieć. My też powoli przestajemy.
Wszystko, co widzę, to zwidy.
W pustce tylko szatan może szeptać, Bóg milczy...
Może chociaż patrzy na nas, jak się męczymy,
jak nam myśli wyżerają,
jak nam wzrok zanika,
jak nam...
Mogłabym tylko czekać na cud.
Synek... mój dzieciak... patrzę i nie wierzę, że to jeszcze on...
Co mogłabym mu dać?
Robi się coraz ciemniej albo może mnie się tak tylko wydaje.
Poczekam na cud, usiądę i poczekam na cud, cuda się zdarzały. Ktoś nas widzi?
W tej ciemnicy?
Może ktoś widzi?
Niech nam pomoże!
Może coś ma?
Tutaj już nic nie ma.
Nic nie mamy.
Nic.
Moglibyśmy jeść własne palce...
Moje palce takie drętwe,
zesztywniały...
Ściemnienie.
Scena 2. Niech się zdarzy cud!
Rozjaśnienie.
Obskurne pomieszczenie z zaciekami na ścianach. Pod ścianami bele różnych materiałów, puszyste bele watoliny, białe bele flizeliny, szare bele sztywnego płótna, rolki skaju, arkusze tektury, puszki i słoiki z klejem, duży stół krojczego. Na stole narzędzia do wykrawania i skuwania. Kopyto, młotki, słoiki z nitami. W tyle ocynowane wiaderko. Zasłonka. Na pierwszym planie kilka maszyn do szycia, na razie nieczynne, silniki wyłączone.
Krojczy, rozebrany do pasa, pochylony nad miednicą, myje się w zimnej wodzie. Namydla pod pachami, opłukuje, trzęsie się z zimna, prycha. Bierze ręcznik i pośpiesznie się wyciera. Po chwili wkłada koszulkę i sweter. Spuszcza spodnie i majtki, tak że widać białe pośladki, i namydla fiuta, opłukuje go w zimnej wodzie, wyciera ręcznikiem. Podciąga majtki i spodnie. Miednicę zestawia na podłogę, siada na stołku i zdejmuje skarpety. Myje stopy. Wyciera ręcznikiem. W pewnym momencie słyszy jakieś głosy, jakby jęczące, płaczące, błagające głosy kobiet. Przez chwilę nasłuchuje, rozgląda się. Patrzy na boczną ścianę, na której widnieje wielka plama pokryta grzybem i pleśnią. Głosom kobiet towarzyszą jakieś stuki. Po chwili wszystko cichnie. Krojczy wkłada skarpety, wylewa wodę do wiadra. Włącza grzałkę, robi sobie herbatę w kubku. Siada przy stole pokrytym warstwami tektury i materiałów. Pisze ołówkiem na tekturze.

fragment tekstu zaczerpnięto ze strony internetowej Dialogu