|
Wywiady Jerzego Granowskiego...
|
Michał Witkowski - Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej
Jarosław Tumidajski (rocznik 1980) – reżyser.
O książce...
I tak. I nie. Witkowski sięgnął po temat, z którym inni prozaicy (choćby Marek Nowakowski) zmagali się już od początku lat 90. Zresztą również autor "Lubiewa" pisał wcześniej w kilku tekstach o ostatnich dwóch dekadach ubiegłego wieku, co więcej, wielu ceni tego pisarza właśnie za umiejętność oddawania w prozie klimatu tamtych lat. To wszystko prawda, tyle tylko że Witkowski, pisząc właściwie o tym samym, czym zajmowali się już inni pisarze i o czym on sam pisał w poprzednich książkach, robi to inaczej, tworzy wariacje na dobrze znany temat. Właściwie w "Barbarze Radziwiłłównie..." opis lat przełomu sam w sobie nie jest specjalnie istotny, choć Witkowski zadbał o jego wiarygodność i atrakcyjność. Umieścił w książce m.in. sporo pysznych, pełnych absurdu anegdotek przybliżających specyfikę tamtych czasów, jak chociażby historię wielkiego bosa półświatka zwanego Szejkiem Amalem, syna wiejskiej niepiśmiennej wariatki i nimfomanki, który dorobił się bajecznej fortuny na produkcji ścierek i szmat do podłogi zamawianych w gigantycznych ilościach przez Społem - oczywiście dzięki stworzeniu, jak to by się dziś określiło, układu korupcyjnego. Cała powieść stanowi coś w rodzaju spowiedzi pana Huberta, który na komputerze zabranym studentowi za długi wystukuje historię swojego życia. Pan Hubert jest człowiekiem targanym sprzecznościami. Niby myśli trzeźwo, mocno tkwi w teraźniejszości, starając się pewną ręką prowadzić swoje interesy, ale jednocześnie tęsknie spogląda w przeszłość, próbując odbudować/wymyślić rodzinną genealogię; pozuje na bezwzględnego mafioso, ale jest przy tym romantyczny, sentymentalny i czuły; wierzy równie mocno w Boga, jak we wróżby i w horoskopy. Hubert czuje się inny, co sprawia, że jest nieszczęśliwy, "jak w więzieniu w tym swoim życiu zamknięty". Skąd bierze się to poczucie inności bohatera? Uważa się za lepszego, lepiej wykształconego, mądrzejszego i wrażliwszego od ludzi, z którymi ma do czynienia na co dzień, czyli od mieszkańców biednego górniczego miasteczka i różnych elementów z półświatka. Było nie było, jest - ponoć - potomkiem z jednej strony zacnej polskiej rodziny arystokratycznej, z drugiej zaś - familii żydowskiej mającej niesamowitą smykałkę do interesów. Niejasne są preferencje seksualne pana Huberta. Sam twierdzi, że jest prawiczkiem, utożsamia się z Barbarą Radziwiłłówną, zachowuje się jak ciota, z czułością bliską miłości wypowiada się o Saszy, ukraińskim bandycie, który - ponoć - dla niego pracuje. Słowa "ponoć" użyłem nie bez przyczyny. Nie ma wcale pewności, czy pan Hubert pisze o sobie prawdę. Narrator w tekście daje wyraźne sygnały, że nie należy mu do końca wierzyć, opuszczając niewygodne, stawiające go w złym świetle informacje (na przykład na temat pobytu w więzieniu), a pod koniec swojej opowieści stwierdzając: "Choć tak naprawdę to przecież ja sobie ciebie, Sasza, wymyśliłem". Był więc Sasza, czy go nie było? Kochała się w ukraińskim zuchu Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej czy nie kochała? Nie ma sensu szukać odpowiedzi na te pytania. Bohater powieści Witkowskiego to farmazon - opowiadając o sobie czy świecie, ciągle koloryzuje, zmyśla, miesza fakty z fikcjami. Po co to robi? Z tego samego powodu, dla którego w ogóle zaczął spisywać swoją historię: opowiadanie jest dla bohatera formą autoterapii, lekiem na całe zło, które go dotyka, wentylem bezpieczeństwa. Powieść Witkowskiego odczytywać można jako historię odmieńca, który podejmuje rozpaczliwe próby zrealizowania swoich marzeń i ambicji, zdobycia fortuny; szuka miłości, szczęścia, szacunku i akceptacji. Jego życie jest pasmem rozczarowań. Aby sobie z nimi poradzić, opowiada, upiększając rzeczywistość, bo - jak wiadomo - nic tak nie koi jak piękne zmyślenie. Prozaicy, którzy do tej pory pisali o przemianach przełomu lat 80. i 90., w większości dochodzili do tego samego, a zarazem banalnego wniosku, że światem rządzi pieniądz, a dla kasy człowiek jest zdolny zrobić wszystko. Również dla pana Huberta vel Barbary Radziwiłłówny pieniądze są bardzo ważne, można nawet powiedzieć, że na swój sposób je kocha - całe noce spędza w swoim kantorku, przeliczając banknoty i pieszcząc sztabki złota. Witkowski w nowej powieści jedynie dopowiada, że oprócz pieniędzy ważne są także marzenia - szczególnie wtedy, gdy interesy zaczynają iść źle. Ale, jako się rzekło, wcale nie opisywanie i diagnozowanie czasów przełomu jest tu najistotniejsze. Ta książka przekonuje mnie przede wszystkim kreacją głównego bohatera i stylem. Witkowskiemu udało się stworzyć niebanalną, niejednoznaczną, nieco zwichrowaną postać, jakich znowu nie tak wiele jest w naszej prozie. Doskonale przy kreślenie portretu pana Huberta sprawdziła się estetyka campu, którą konsekwentnie wykorzystuje autor "Lubiewa"; campowe pomieszanie rozmaitych rejestrów kultury, stylów i konwencji doskonale widoczne jest w języku tej prozy, w którym zespolone zostały elementy slangu przestępczego półświatka, gwary śląskiej czy staropolszczyzny. Wyszła z tego niezwykle interesująca mieszanina językowa (współczuję jednak tłumaczom, którzy zechcą tę książkę przełożyć na obce języki), co nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo Witkowski jest jednym z tych pisarzy, którzy potrafią nieźle zakręcić frazą. Ma taką językową sprawność i wyobraźnię, że mógłby, gdyby chciał, przerobić książkę telefoniczną na wciągającą, iskrzącą się dowcipem historię. Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań |