|
|
Prof. Zbigniew Siatkowski o "Sinobrodym..."
I oto już po premierze. Jeśliby ją osądzać wedle nadkompletu widzów - sukces niewątpliwy. Jeśli po intensywnych oklaskach - trzeba by wykreować wyspecjalizowaną skalę Beauforta (zresztą któryż naprawdę profesjonalny teatr nie potrafi znaleźć odpowiednich sposobów po temu, aby owację widowni uczynić huraganową i długotrwałą? niedawno wspominaliśmy olśniewające także i w tym względzie reżyserskie kunszta Bronisława Dąbrowskiego, człowieka, który Teatrowi Śląskiemu dał fundament wysokiej profesjonalności). Jeżeli zaś wedle głośnych gratulacji oraz prezentacji, gdy już publiczność opuściła salę - to fakt niezbity: ocena Teatru Śląskiego okazała się wtedy równie strzelista jak jego samoocena.
Całkiem słusznie, całkiem zasłużenie. Zobaczyliśmy bardzo dobre widowisko. Syntezę najcenniejszych pierwiastków, z jakich teatralne dzieło powstaje. Oraz syntezę pracowitych talentów ludzi przygotowujących "Sinobrodego".
To, co by nazwać można architektoniką spektaklu, co mogło i przecież musiało być zasługą reżysera, Pana Grzegorza Kempinskiego, dawało wielką satysfakcję widzom. Robotę wykonał koronkową. Architekt pracujący dłutkiem (szydełkiem?). Stosował kolejno i na przemian bardzo różne arkana sztuki. Wolno powiedzieć: dzięki ich migotliwości prowadził nas wzwyż. Mimo że przemyślnymi zakosami. Wielokrotnie w ciągu dwóch godzin przymuszał widownię do kompletnej odmiany reguł postrzegania i oceniania estetycznego - zawsze na rzecz kryteriów mniej nawykowych i trudniejszych o jedno piętro: o całe ledwo nagromadzone, świeże doświadczenie biegnących właśnie scenicznych zdarzeń. Dynamika półtonów. Zaskoczenie światłem. Nagły, ostry dźwięk spoza. Niepokojący werbel aktorskich palców czy dłoni.
Już, już wydaje nam się, że wiemy, jaki jest jego - Grzegorza Kempinskiego - zamiar kompozycyjny, jego interpretatorski klucz, ale nie: jedno przyciemnienie, jedna piosenka (a nie od dzisiaj rzecz wiadoma, jak pyszny i jak funkcjonalny użytek na scenie umie z piosenki robić ten reżyser), i oswajamy się z intencjami inscenizacyjnymi od nowa; rozumiemy, że podług jego wizji wszystko w istocie jest i będzie inaczej. Bo ma być inaczej. Jakby się w górach osiągało kolejne popatrzenia na szczyt, ku któremu się zbliżamy: a on ciągle inny, dla nas niespodziewanie nowy, i ciągle na razie nieosiągalny.
Inscenizator miał do dyspozycji znakomity materiał literacki: wyśmienicie przysposobiony do brzmienia po polsku, myślący i zmuszający do myślenia, kruszący stereotypy zarówno tych, jacy nawykli do okrutnej fabuły bajkowej Grimmów, jak i tych, których sinobrodą imaginację ukształtował de Rais. Na miejsce ich oczekiwań zjawiła się nieoczekiwana emocjonalnie nowość, trafnie - jak twierdzę - i bogato interpretująca współczesny nam wiek. Wydaje się dzisiaj, w chwili pierwszego wczuwania się w sztukę oraz w jej inscenizację, że kiedyś po latach naszą ćwierć epokę będą następcy starali się zrozumieć między innymi przez komentowanie Sinobrodego, który był nadzieją kobiet w erze Unii Europejskiej. Rozmaici byli w rozmaitych pokoleniach nauczyciele wiedzy o miłości i śmierci. O sposobieniu się człowieczym do tak nieporadnie pragnionego szczęścia. Jedni dawali posłuch Mussetowi, inni Przybyszewskiemu, jeszcze inni Gorkiemu, później był autor "Czarodziejskiej góry"; wśród kandydatów do takiej misji na przełomie XX i XXI wieku wyróżnia się rzeczywiście głos Dei Loher.
Co do mnie, gdy scena rozkazywała mi zastanawiać się nad problemami, jakie ma w kontekście kobiet człowiek przeciętny, mało zdobywczy i raczej nieśmiały, człowiek, który wszak nie wie, jaka jego władza - przypominałem sobie rewelacyjny sprzed półwiecza nowohucki spektakl "Myszy i ludzi", w nim zaś szukającego delikatnej, ufnej miłości Lenniego (wielka rola Franciszka Pieczki), grzesznika bez winy, więc też i wroga publicznego. Idziesz przez świat, i światu dajesz kształt ...
Powstało w Teatrze Śląskim dzieło, którego tematem wcale nie jest groza; ona jest tylko środkiem wyrazu - czytelnie skonwencjonalizowanym - dla rozważania kondycji ludzkiej, zgoła nie konwencjonalnego, a tym mniej pospolitego. Dea Loher w swej "przewrotnej baśni dla dorosłych" każe dorosłym duchowo widzom wziąć dystans wobec obiegowych pojęć o zbrodni i zbrodniarstwie (a także wobec obiegowych pojęć o seksie; chociaż wdrożeni przez kolorowe czasopisma do dzisiejszego smaku przypraw literackich i teatralnych też znajdą coś dla swego jadłospisu: już to w fascynowaniu się fantazjami o seksie niewidomych, już to po prostu w zachwycie nad wydoskonalonym pięknem ciała Pani Ewy Kutyni - na szczęście świetność jej artystycznego talentu dorównuje świetności jej aparycji; nie mnie rzecz jasna pytać natomiast należy, w jakim stopniu potrafią widownię przekonać do ważnych tez utworu męskie warunki wizualne i ekspresjodawcze Pana Grzegorza Przybyła).
Naturalnie przedstawienie stoi aktorami. Doskonałymi, precyzyjnymi, zdolnymi w każdej minucie fabularnego dziania się niezawodnie realizować najsubtelniej skonstruowane i rygorystycznie kontrolowane zadania. Kiedy w kapeluszu, kiedy bez. Metaforyczno-symboliczne jedzenie lodów. Urzekające wysokie obcasy. Dziewczyna skulona na walizce. Cudownie wyprostowana, gdy kroczy i mówi, Pani Jadwiga Wianecka. Kunszt języka migowego (lub - ocenić nie potrafię - sugestii języka migowego). Mikroprecyzyjny scenariusz emocjotwórczy posługiwania się pejczem. Ruch, partytura ruchu.
Dla nich trojga trzy bukiety podziękowań oraz aplauzu. Ogromne, serdeczne.
Ale bukiet bodaj jeszcze barwniejszy należy się Pani Bożenie Pędziwiatr, scenografowi wieczoru. Patrząc na to, co jej wyobraźnia miała do zaofiarowania przedstawieniu, pomyślałem, iż może wnet będą do Teatru Wyspiańskiego przychodzili po artystyczne doznania ludzie, dla których satysfakcji scena nie będzie musiała być zapełniona aktorami, byle tylko była wybornym, zachwycającym malarstwem. Sam Stanisław Wyspiański z nadwawelskiego obłoczka sekunduje po trochu takiej możliwości.
Jednak za chwilę moje proscenograficzne wizjonerstwo zrejterowało: jakże do tego dojść miałoby akurat w Śląskim, tak mocnym aktorsko teatrze?
21 stycznia 2007
Pan Nikt i kobiety
"Sinobrody - nadzieja kobiet" w reż. Grzegorza Kempinsky'ego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Wojtek Kałużyński w Dzienniku.
"Sinobrody" Dei Loher w inscenizacji Grzegorza Kempinsky'ego to przejmująca chwilami opowieść o człowieku bez właściwości. O mordercy z przypadku, przerażonym samym sobą.
Sztukę Dei Loher grano u nas a to jako feministyczny manifest, a to obyczajową satyrę. Grzegorz Kempinsky w katowickim Teatrze Śląskim oderwał się od groteskowo-tragicznej konwencji. Sinobrody Loher niewiele ma wspólnego z seryjnym mordercą z klasycznej baśni Perraulta. Henryk Sinobrody to przeciętny sprzedawca damskiego obuwia. Pozbawiony właściwości, odbijający jak lustro nadzieje kobiet na ulepienie zeń - niczym współczesnego Golenia - żywego wcielenia własnych wyobrażeń o męskości. Zabija je przypadkiem, trochę z litości, trochę w odruchu samoobrony, a trochę na ich życzenia
Każde morderstwo jest u Kempinsky'ego tylko metaforą - symbolicznym dotknięciem ręki, zarzuceniem na głowę żałobnego kiru. Dopiero w finale pojawia się rewolwer jako narzędzie konieczne, by ciąg symbolicznych zbrodni mógł się dopełnić i urealnić. A właściwie, by dopełniło się i urealniło wciąż to samo morderstwo. Bo ofiara jest w gruncie rzeczy ta sama - uniwersalny model kobiety w sześciu postaciach (siódmą Kempinsky z tekstu wyciął) zagranych przez jedną aktorkę, Ewę Kutynię. Od nastolatki z naiwnymi marzeniami poprzez szukającą piękna w słowach niemą dziewczynę, szaloną spóźnialską z podmiejskiego dworca, wypaloną wewnętrznie tancerkę go-go aż po pozbawioną złudzeń kobietę dojrzałą. Ten pomysł ułożenia ofiar Henryka i w symboliczną galerię, i wyrazistą wersję jednej biografii zagrał znakomicie. Kutynia potrafiła z owych metamorfoz wydobyć rosnącą desperację, niespełniony głód miłości, zniechęcenie i rozpacz. Z prostych gestów, z przyspieszenia oddechu, nerwowych ruchów języka migowego czyni znaki postępującej neurozy. Grzegorz Przybył jako Henryk znalazł klucz do roli w sarkazmie, w rosnącej świadomości własnej roli Pana Nikt. Taką konstrukcją bohaterów udało się Kempinsky'emu uciec od banału i nie popaść w pustą postmodernistyczną grę z konwencją. Z konwencją zagrał inaczej. Jego spektakl można sfilmować i pokazać w Teatrze TV. Z oszczędną scenografią wpisaną w przestrzeń obrazów inspirowanych malarstwem Renée Magritte'a i dźwiękami tanga Gotan Project.
W sumie tylko jednego zabrakło. U Kempinsky'ego humor ledwo przebija się spod egzystencjalnego smutku, zostawiając w niepewności, czy wypada się z tego śmiać. Niezły skądinąd pomysł opowiedzenia jako intermedium przez Jadwigę Wianecką (niewidoma dziewczyna pełniąca rolę przewodniczki narratorki) historyjki o utracie dziewictwa, jest tu kwiatkiem do kożucha. Kempinsky odebrał przedstawieniu lekkość. Trochę szkoda.ť
"Pan Nikt i kobiety"
Wojtek Kałużyński
Dziennik nr 22
26-01-2007
Fresk o kobietach
Z upiornego tematu o seryjnym mordercy powstał delikatny, ubrany w dystansujący cudzysłów fresk o kobietach - o "Sinobrodym - nadziei kobiet" w reż. Grzegorza Kempinsky'ego w Teatrze Śląskim w Katowicach pisze Aneta Głowacka z Nowej Siły Krytycznej.
Oparty na staroniemieckim micie o Sinobrodym dramat Dei Loher już kilkakrotnie pojawił się na deskach polskich teatrów. W przeciwieństwie jednak do "Niewiny" czy "Przypadku Klary", nie odniósł większego sukcesu. W recenzjach spektakli częściej pisano o zawartości i strukturze dramatu aniżeli o pomyśle inscenizacyjnym, zwykle sprowadzonym do sztafażu realistyczno-obyczajowego. Oczywiście nie trudno znaleźć usprawiedliwienie dla takich rozwiązań scenograficznych, skoro niemiecka dramatopisarka na poły baśniową, na poły upiorną historię o mordercy kobiet przeniosła w czasy współczesne, a Sinobrodego ubrała w skórę Henryka, niepozornego sprzedawcę damskich butów.
Spektakl w reżyserii Grzegorza Kempinsky'ego niewiele ma wspólnego z obyczajowym realizmem, którego reżyser pilnie się wystrzega. W ascetycznej, matematycznie skrojonej przestrzeni pojawiają się jedynie bryły sześcianów, które zastępują ogrodową ławkę, knajpiany barek albo kuchenne meble. Stół z półprzezroczystego szkła wciela się w rolę katafalku, miejsce występu tancerki erotycznej albo podest, na którym Niewidoma (Jadwiga Wianecka) dzieli się swoją prywatnością. Droga Sinobrodego do samopoznania, znaczona morderstwami kolejnych kobiet, przebiega na tle projekcji obrazów Rene Magritte'a (autorstwa Agaty Kurzak). Z jednej strony podkreślają one umowny charakter prezentowanego świata, przydają mu surrealistycznego piętna. Z drugiej wprowadzają interpretacyjny niepokój. Wydają się elementem wyłącznie dekoracyjnym, który wizualnie wzbogaca przestrzeń, ale nie niesie sensów. Czyżby reżyser wtapiając Sinobrodego w taki pejzaż, czynił z niego mordercę-artystę, estetę, w którego sztuce, tak jak w obrazach Magritte'a, realizuje się poetyka powtórzenia?
Podobnie jest z otwierającym spektakl zbiorowym zdjęciem kobiet z jednej z przedwojennych szkół. Projekcja w pewnym sensie zapowiada temat spektaklu - rzecz o kobietach. Jakkolwiek wciśnięte w szkolny uniform ciała uczennic zdają się być elementem z innej opowieści, zaś zabieg bardziej nastawiony na wizualny efekt aniżeli znaczenie.
Grzegorz Kempinsky dał się już poznać jako reżyser, który chętnie wykorzystuje multimedialne projekcje w swoich spektaklach. Dzięki nim skutecznie różnicuje przestrzeń i czas scenicznych działań, chociaż czasami trudno uwolnić się od wrażenia, że cyfrowe obrazy pełnią funkcje głównie dekoracyjne.
Nie będę jednak narzekać na realizację "Sinobrodego" w Teatrze Śląskim (poza fatalną dykcją Jadwigi Wianeckiej, która wcieliła się w postać Niewidomej). Broni jej przede wszystkim inscenizacyjny minimalizm i prostota. Ciekawym zabiegiem było również obsadzenie w rolach kobiet Henryka jednej aktorki. Grane przez Ewę Kutynię Julie, Anny czy Tanje złożyły się na portret współczesnej kobiety: zagubionej, sfrustrowanej, samotnej, potrzebującej ciepła i miłości. To tłumaczy dlaczego tak łatwo lgną do Henryka (Grzegorz Przybył), przeciętnego i w jakimś sensie dobrodusznego mężczyzny. Wydaje się, że Sinobrody będzie raczej wykonawcą ich woli aniżeli katem. Henryk przecież nie chce zabijać. Po kolejnym morderstwie ma silne postanowienie, by tym razem już żadnej kobiety nie skrzywdzić.
W dramacie Dei Loher postać Henryka Sinobrodego została potraktowana przewrotnie. Paradoksalnie ten, który odbierał życie współczesnym Juliom i Annom, stawał się dla nich wybawieniem, uwalniał od smutnego, niechcianego życia. Również w spektaklu Kempinsky'ego Sinobrody pełni rolę lustra. Bohater stworzony przez Grzegorza Przybyła znika pod płaszczem anonimowości, staje się półprzezroczysty (bo powtarzalny) jak mężczyzna w meloniku na obrazach Margritte'a. Raczej pozwala odbijać się kobiecym wizerunkom aniżeli uprasza o refleksję nad fizjologią zbrodni. W pamięci pozostają raczej estetyczne obrazy aniżeli poczucie niesmaku wywołane nurzaniem się w ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy. Z upiornego tematu o seryjnym mordercy powstał delikatny, ubrany w dystansujący cudzysłów fresk o kobietach.
Aneta Głowacka
Nowa Siła Krytyczna
25-01-2007
Co kryje szafa Magritte'a?
"Sinobrody - nadzieja kobiet" na Scenie Kameralnej w Teatrze Śląskim. Inspirowany namiętnym tangiem i surrealistycznymi obrazami Rene Magritte'a Grzegorz Kempinsky reżyseruje dramat Dei Loher.
W obrazie "Filozofia w buduarze" ("La philosophie dans le boudoir") belgijski surrealista Rene Magritte otwiera przed nami szafę. W jej wnętrzu wisi na wieszaku biała sukienka z zarysowanymi nagimi piersiami. Na stoliku obok stoją pantofle na wysokim obcasie, których czubki mają kształt żywych kobiecych stóp. Co kryje szafa Magritte'a? Kochankę czy żonę, która właśnie zmarła? Pytanie nie jest bezzasadne, bo Henryk Sinobrody ze spektaklu jest sprzedawcą damskiego obuwia. W walizce chowa buty kobiet, które kochał i zabił. Czarne szpilki Julii, pantofle Anny, buty Judith o zdartych podeszwach i seksowne lakierki prostytutki Tanii.
Kto szuka w sztuce niemieckiej autorki Dei Loher linearnej opowieści o seryjnym mordercy, nie będzie usatysfakcjonowany. Kto chce usłyszeć ze sceny dlaczego Henryk zabija, nie znajdzie odpowiedzi. Kto chce teatralnego realizmu - zawiedzie się. Kempinsky w swoim najnowszym przedstawieniu zaprasza na oniryczny seans, którym nie rządzi logika. Zaprasza na filozoficzną opowieść o miłości i bolesnym nienasyceniu.
Malarstwo Magritte'a jest jednym z kluczy do "Sinobrodego...". Sztuka pełna jest jego bohaterów z melonikami na głowie czy kochanków z woalami na twarzy. Tak jak belgijski malarz igrał z odbiorcami swojej sztuki, zaprzeczał słowom i obrazom (wystarczy wspomnieć słynne płótno z fajką, zatytułowane "To nie jest fajka"), tak i Loher w tekście o Sinobrodym podważa wszystko, co teatralne. Kwestionuje prawdziwość wypowiadanych słów, by tym samym słowem kreować na scenie kolejne, nierealne światy. Kempinsky także bawi się z widzem, zmieniając szyk opowieści, powtarzając sceny oraz stawiając na drodze Henryka tę samą kobietę (wszystkie bohaterki gra Ewa Kutynia). Nic tu nie jest pewne i prawdziwe, poza jednym - aktorem. Grzegorz Przybył i Ewa Kutynia zespoleni w tangu wzajemnie się przyciągają i odpychają, nie mogąc nasycić się sobą. On - introwertyczny, chwilami nieśmiały - waży słowa, które mogą zadać śmierć, a nie potrafią wskrzesić. Ona ma wiele twarzy - to wyjątkowa rola Kutyni, która każdorazowo nasyca swoje bohaterki miłością w inny sposób. Od naiwnej nastolatki, przez prostytutkę, po kobietę po przejściach. Szczególnie przejmująca jest w roli niemej Anny, która prowadzi dialog z Henrykiem całym ciałem, by dopiero w finale użyć słów i przed śmiercią wykrzyczeć własne imię.
"Sinobrody - nadzieja kobiet" to z pozoru antyteatralny spektakl, utkany nielogicznie ze słów, poezji, obrazów inspirowanych surrealizmem Magritte'a i jednocześnie najprawdziwsze i najpoważniejsze pytanie o miłość. Kempinsky'emu udało się stworzyć przejmujące i kameralne przedstawienie z niezwykle intymnym duetem aktorskim. Przedstawienie, w którym za drzwiami teatralnej szafy siedzi on i ona - w sukience z obnażonymi piersiami i butami, których czubki mają kształt żywych palców.
Aleksandra Czapla-Oslislo
Gazeta Wyborcza Katowice
23 stycznia 2007
Kempinsky reżyseruje "Sinobrodego"
Grzegorz Kempinsky przygotowuje krwawą bajkę dla dorosłych - spektakl "Sinobrody - nadzieja kobiet", na podstawie niemieckiego dramatu Dei Loher. Trup ściele się gęsto, ale zawsze będzie to Ewa Kutynia. Premiera w sobotę [20 stycznia] na Scenie Kameralnej Teatru Śląskiego.
Rozmowa z Grzegorzem Kempinskym:
Jak daleko jest od miłości do morderstwa?
- Gdybym mógł zmienić tytuł tej sztuki, to nazwałbym ją "Ślepa miłość" albo "Małe masakry miłosne". Jest sporo prawdy w utartym powiedzeniu, że od miłości do nienawiści jest jeden krok. W tym dramacie każde morderstwo traktuję jako metaforę. Henryk nie zabija kobiet, lecz miłość, która jest istotą sztuki Loher. To tekst o jej poszukiwaniu i o bólu, jaki temu towarzyszy. Miłość jest kanibalizmem, dążeniem do symbiozy, która jest z gruntu rzeczy niemożliwa. Nasz rozwój cywilizacyjny sprawił, że wytwarzamy hamulce, by nie "pożreć", posiąść tych, których kochamy. Zgadzamy się więc na pewien układ emocjonalny, który działa na zasadzie wymienności - łączymy się w pary. Zastanawiam się jednak, dlaczego tak nieumiejętnie się dobieramy, dlaczego nie potrafimy jasno określać własnych pragnień.
"Sinobrody" to tekst-hybryda, bajka dla dorosłych. Loher miesza symbolizm, oniryczność, kpinę, poezję, prozę. Jak skrystalizowało się to na scenie w Pana przedstawieniu?
- Idąc za tym duchem, zrobiłem teatr, który jest i trochę śmieszny, i straszny, i smutny, i wzruszający, i oniryczny, i surrealistyczny. Dla aktorów i dla mnie to była podróż w nieznane. Uważam, że teksty Loher wymagają ogromnej gotowości do pracy wyobraźnią. Szukałem granicy, by nie był to tylko sztuczny teatr symboliczny albo wyraźnie naturalistyczny. Szukałem realizmu magicznego. Znalazłem dla bohaterów piękną przestrzeń obrazów, które Agata Kurzak stworzyła na podstawie fotografii Adama Sikory, inspirowana surrealistycznymi obrazami Rene Magritte'a. Dodałem w warstwie muzycznej tango, które uważam za muzyczny odpowiednik przyciągania i odpychania między kobietą a mężczyzną.
Najciekawszy zabieg inscenizacyjny to obsadzenie w rolach poszczególnych kobiet tylko jednej aktorki...
- Już na poziomie czytania myślałem o jednym modelu kobiety, dlatego też bez większego bólu skreśliłem sceny z jedną z nich. Tak, jak w różnych opakowaniach są te same cukierki, tak, idąc przez życie, spotykamy różne kobiety i różnych mężczyzn, a szukamy ciągle jednej i tej samej osoby. Dlatego pozwoliłem sobie
w "Sinobrodym" na swego rodzaju "kanapkę czasoprzestrzenną" i wszystkie bohaterki gra Ewa Kutynia.
To sztuka nie tylko o Henryku, ale i o nich. Nie tylko on je odrzuca i morduje. One także mordują siebie, mordują miłość w sobie.
Jakie są nastroje na kilka dni przed premierą?
- Wiele rzeczy powstawało podczas prób samoistnie. Muszę przyznać, że jeszcze nie widziałem na scenie takiego Grzegorza Przybyła. Coś w sobie zmienił, ta podróż w nieznane sprawiła, że jest przejmująco prawdziwy, ale używa innych środków niż te, którymi posługiwał się dotychczas. To nie było dla niego łatwe, szczególnie po dwudziestu latach pracy w teatrze. Nagle zażądałem czegoś więcej. Był taki moment, że krzyknął do mnie, że to co robimy to ocean, a on nawet pontonu nie ma. No, ale rzuciliśmy się wspólnie na tę wodę.
"Sinobrody - nadzieja kobiet" Dei Loher w sobotę na Scenie Kameralnej"
Aleksandra Czapla-Oslislo
Gazeta Wyborcza - Katowice nr 15/18.01.
Teatr Śląski - Święcimy stulecie
Teatr Śląski obchodzi swoje stulecie. To jubileusz znaczący w dziejach każdej instytucji artystycznej. W przypadku katowickiej sceny ma charakter wyjątkowy, świadczy o burzliwych dziejach i wielokulturowości regionu. Budynek teatru - zaprojektowany przez Carla Moritza, do dziś jeden z najbardziej charakterystycznych gmachów Katowic - powstat w 1907 roku jako siedziba teatru niemieckiego. W 1922 roku, gdy część Śląska wróciła do Polski, katowicka scena zyskała miano Teatru Polskiego, a od 1936 roku jej patronem jest Stanisław Wyspiański. Zawsze gościła tu sztuka. Teatr to przede wszystkim ludzie. Ci, którzy tworzą sztukę i ci, którzy chcą znaleźć się, choćby na chwilę, w wykreowanym przez nich świecie. Przez 100 lat przez scenę i widownię teatru w Katowicach przewinęło się wiele pokoleń twórców i widzów. Powstawały tu wybitne przedstawienia, pracowali znani reżyserzy, aktorzy, scenografowie i kompozytorzy. Marian Sobański, Marian Godlewski, Leopold Pobóg-Kielanowski, Karol Adwentowicz, Wiłam Horzyca, Bronisław Dąbrowski, Władysław Woźnik, Roman Zawistowski, Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek, Tadeusz Kantor, Jerzy Jarocki, Kazimierz Kutz, Józef Szajna, Ignacy Gogolewski, Jerzy Zegalski. Lista jest długa. Dziś Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego ma trzy sceny: Dużą, Kameralną i Scenę w Malarni. Gmach przeszedł gruntowną i kosztowną modernizację, dzięki której możliwe jest realizowanie skomplikowanych technicznie spektakli. Teatrowi Śląskiemu nie brakuje mecenasów. Rada Gospodarcza oraz wielu przyjaciół teatru to wypróbowani w różnych przedsięwzięciach teatralnych sojusznicy. Rok 2007 zapowiada wiele interesujących wydarzeń, zwłaszcza, że 100-lecie gmachu teatru oraz 85-lecie polskiego zespołu artystycznego w nim działającego zbiegnie się z ogólnopolskimi obchodami 100-lecia śmierci patrona teatru - Stanisława Wyspiańskiego. Jubileusz rozpocznie się już 10 stycznia - Wieczorem z Wyspiańskim na Dużej Scenie. Wielkie święto Wyspiańskiego w Wyspiańskim" odbędzie się jesienią, a rozpocznie się 6 październik a wydarzeniem, jakim będzie premiera sztuki Wesele" w reżyserii Rudolfa Zioło, prezentowana w ramach Festiwalu Wyspiański 2007". Zaplanowano także koncert muzyki Zygmunta Koniecznego do inscenizacji dramatów wieszcza w wykonaniu Narodowej Orkiestry Polskiego Radia w Katowicach oraz sesję naukową, poświęconą realizacji dramatów autora Wyzwolenia". W czasie święta Dni Teatru Śląskiego publiczność będzie mogła obejrzeć najlepsze przedstawienia z ostatnich miesięcy. Odbędą się wystawy i konferencja architektów i historyków sztuki. Wydany zostanie album 100 lat gmachu teatru w Katowicach". W listopadzie 2007 roku rozstrzygnięty zostanie konkurs na sztukę o Śląsku. Jego zwycięzca będzie mógł liczyć na wystawienie swojego dramatu na katowickiej scenie. Na zakończenie Roku Stanisława Wyspiańskiego i 100-lecia teatru w Katowicach na Dużej Scenie, w końcu listopada 2007 zostanie odsłonięta kurtyna namalowana przez Piotra Schmidtke.
Serdecznie zapraszam wszystkich widzów do naszego teatru; tych najwierniejszych; tych, którzy jeszcze się z nami nie zaprzyjaźnili; ale przede wszystkim tych, którzy nigdy u nas nie byli. Gwarantuję, ze znajdą Państwo u nas cos dla siebie, bo w repertuarze znajduje się ponad dwadzieścia tytułów, a oglądanie teatru od kulis, co mamy w planie, tez może okazać się początkiem fantastycznej znajomości. Teatr jest i pozostanie sztuką magiczną, bo tylko w teatrze człowiek z człowiekiem spotyka się bezpośrednio poprzez swoje emocje. Jakkolwiek sentymentalnie by to brzmiało, jest to prawdą...
Krystyna Szaraniec
dyrektor Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego w Katowicach
Rzeczpospolita, 21 grudnia 2006
"Manekin, czyli kochanek Hitlera"
Soczysta aktorska kpina w prezencie na 99. urodziny katowickiej sceny. Polską prapremierę "Manekina, czyli kochanka Hitlera" wyreżyserował w Teatrze Śląskim Andrzej Rozhin.
Są sztuki dramatyczne uciążliwe do czytania i powieści, które nigdy nie przejdą próby sceny, jednak groteskowa proza Stanisława Dejczera z łatwością znalazła swoje miejsce za teatralną kurtyną. Nad adaptacją współpracowali wspólnie Dejczer i Rozhin, łącząc wątki z dwóch książek: "Kochanek Hitlera" i "Manekin". Scenograficznej i surrealistycznej pikanterii dodał uznany Pavel Hubicka. Wisienką na urodzinowym torcie był aktorski, ponaddwudziestoosobowy korowód.
Jubileusz - zazwyczaj traktowany ze śmiertelną powagą - tym razem stał się okazją do żartu po obu stronach rampy. Z przyjemnością ogląda się w "Manekinie" znanych aktorów śląskiej sceny, którzy w prezencie dostali do zagrania groteskowe postacie i po licznych dramatycznych i poważnych zmaganiach bawią się własnym rzemiosłem, kpią z samych siebie i wyśmiewając teatralne konwencje oraz aktorskie gesty, puszczają przewrotnie oko do publiczności.
"Manekin, czyli kochanek Hitlera" to parodia detektywistycznych przygód z niejednym trupem i wielką tajemnicą w tle. Oto ukrytego skarbu - sztabek złota - szukać będą w polskiej miejscowości podczas II wojny światowej zarówno oficer SS Franz Josef Kupis (Adam Baumann), wierny wodzowi niemieckiego narodu Edgar von Rosa czy członkowie jego polskiej rodziny zaangażowani w działania ruchu oporu. Na aktorskim przyjęciu urodzinowym miłośnicy Bernarda Krawczyka spotkają się z energicznym Karolem, arystokratycznym erotomanem, który bezczelnie szydzi ze starości. Fani Aliny Chechelskiej nie zawiodą się jej pełną temperamentu polityczną Carmen - Donią Caralusiją, która w szafie chowa niespodziewanego gościa. Jest też Grzegorz Przybył rewelacyjny w roli sentymentalnego kochanka niejednej żony czy Krystyna Wiśniewska-Sławik, której kwestie o "żabach dżdżu złaknionych" będą cytowane nie tylko w teatrze. Obok doświadczonych aktorów na scenie Teatru Śląskiego w "Manekinie" debiutuje kilkoro młodych, spośród siedmiorga przyjętych na aktorski etat w sezonie 2006/2007. W roli głównej Edgara von Rossa wystąpił Michał Rolnicki temperamentem dorównujący w duetach zarówno Krawczykowi, jak i niepokonanej scenicznie Chechelskiej.
Choć Dejczer i Rozhin osadzili swoją opowieść w czasach, z których śmiejemy się z oporami, ich skażona wojną groteska nie przekracza granic dobrego smaku. Zapraszają raczej na skrzącą się dowcipem teatralną zabawę, w której zderzają elementy z literatury, komiksu, filmu, sztuki popularnej czy reklamy. Z tego wielowarstwowego, urodzinowego tortu widzom powinien zasmakować niejeden kawałek.ť
"Polska prapremiera sztuki "Manekin, czyli kochanek Hitlera"
Czapla-Oslislo
Gazeta Wyborcza - Katowice nr 237
10-10-2006
Gąska - to trzeba zobaczyć!
Znużeni coraz bardziej brutalną rzeczywistością ludzie szukają w teatrze chwili oddechu. Mogą zobaczyć błahą farsę, pośmiać się i po chwili zapomnieć. Mogą też wybrać się na dobrą komedię, zmuszającą do refleksji. Całe szczęście, że istnieje "Gąska" rosyjskiego dramaturga Nikołaja Kolady, znakomity tekst, po który sięgnięto w Teatrze Śląskim w Katowicach.
Kolada i reżyser Krzysztof Materna wyprawiają nas na głęboką prowincję, do zapomnianego przez wielkie sukcesy teatru. A właściwie nie do teatru, tylko do służbowego mieszkania. Oto miejscowa gwiazda Ola przychodzi wygonić młodziutką "Gąskę" z miasteczka. Ta bowiem jest nie tylko zagrożeniem dla jej kariery, ale i małżeństwa z miejscowym dyrektorem administracyjnym. Ola jest typem "amantki do emerytury", a Gąska została "wycastingowana", czyli dostała się do teatru z castingu. Jej największe atuty aktorskie to świetna figura, młodość i bezczelność. To dopiero początek intrygi, gdyż nagle z łóżka Gąski wyłania się... dyrektor artystyczny. Dziewczyna obiecała małżeństwo obydwóm dyrektorom. Po chwili przy łóżku pojawiają się rywale i walczące o nich kobiety. Niby błahy pięciokącik. Nikołaj Kolada jednak znakomicie bada głębię ludzkich dusz, potrafiąc ich dramat tak ubrać w słowa, by publiczność równocześnie śmiała się i myślała. Zmusza widza do takiego wysiłku.
Krzysztof Materna znakomicie to rozwinął. Sama muzyka z kategorii disco polo już sugeruje, gdzie się znaleźliśmy. Pokój służbowy wyposażony jet jedynie w wielkie łóżko wątpliwej urody. Tu rozgrywa się cały dramat. Katowiccy aktorzy musieli "zapomnieć" o swoich wielkich kreacjach i zagrać źle pojęte aktorstwo, pełne sztuczności i pozy. Bo Kolada miesza życie swoich bohaterów z nadętą i pompatyczną sceną. Oni już nie wiedzą, gdzie wypowiadają swoje kwestie. Czy stoją w świetle reflektorów, czy w świetle dnia. Tu najlepiej sprostała wyzwaniu Bogumiła Murzyńska w roli Oli. Chociaż i pozostałych: Annę Wesołowską (Diana), Wiesława Kańtocha (Juliusz) i Wiesława Sławika (Krystian) ogląda się z wielką przyjemnością. W Gąskę, czyli Ninę wciela się Katarzyna Maciąg z Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie i, jak napisano w programie, wygrała konkurs gąsek. Jest świeża, naturalna i ma ogromny wdzięk.
Reżyser w pewnym stopniu też w spektaklu występuje, chociaż trudno zdradzić, w jakiej roli, by nie popsuć zabawy. Zresztą świetnie zwodzi on publiczność, by w finale... O nie, to już trzeba samemu zobaczyć! Z notatnika recenzenta: "Gąska" w Teatrze Śląskim"
Regina Gowarzewska-Griessgraber
Dziennik Zachodni
06-05-2006
"Gąska"
"Gąska" w reżyserii Krzysztofa Materny udowadnia, że z pozoru prostymi scenicznymi środkami można opowiedzieć historię pełną teatralnych i życiowych prawd.
Żarówka smętnie dynda na kablu. Drzwi ledwie trzymają się futryny. Wystarczy jednak wpuścić przez nie pięcioro aktorów, by kameralną przestrzeń wypełnił spektakl o największych ludzkich namiętnościach grany na scenie, którą jest... łóżko w przyteatralnym hotelu. Kilka taktów dancingowych szlagierów, i już wiemy, że to zapadła prowincja. Największy nawet dramatyzm zdarzeń śmieszy, bo artyści grają swoje prywatne role równie pretensjonalnie jak w teatrze. Im większe były ich marzenia o karierze na stołecznych scenach, z tym większą zaciekłością walczą o swoje być albo nie być w zespole, w związkach małżeńskich i tych mniej formalnych.
A jednak trudno ich nie lubić. Nikołaj Kolada stworzył postaci z wyrozumiałością dla ludzkich słabości typową dla rosyjskiej klasyki. To sprawny teatralny majster, który używając wypróbowanych komediowych chwytów, tak gra z widownią, by co chwila ją zaskakiwać. Lokalna gwiazda wydziera się na młodą aktorkę Gąskę, a w jej obronie wychodzi spod kołdry dyrektor artystyczny. Śmiech nie zdąży jeszcze ucichnąć, gdy wybucha kolejna salwa: dziewczyna obiecała już małżeństwo szefowi administracji! Obiecująca aktorka - dogadują zdradzone żony - obiecała, to dała!
Żonglując słowami, Kolada wpisuje w ich role partie "Wiśniowego sadu" i "Mewy". W tragikomicznej burzy uczuć zaciera i tak już cienką granicę między życiem a teatrem. Zaś w końcu, po samobójczych pozach i pożegnaniach "na zawsze" - cóż może innego nastąpić jak nie otrzeźwienie. Trzeba rozpocząć wszystko od nowa, bo takie jest życie.
Najlepiej odnalazł się w wymagającej nie lada kunsztu rosyjskiej farsie Wiesław Kańtocha (Juliusz). Zakończenia nie zdradzę, wyjdzie bowiem na jaw, jak reżyser zwodzi widzów, by sprawić im przyjemność udziału w zaskakującym finale. Chwaląc sztukę teatru, wielu mówi też o naszym życiu. A czy w ogóle jest między nimi jakaś różnica? Kolada z Materną doradzają w tej kwestii pogodny sceptycyzm.
"Rozrywkowa forma połączona z refleksją"
Jacek Cieślak
Rzeczpospolita nr 97
25-04-2006
Gorzka psychodrama
Aktorzy Teatru Śląskiego na kozetce u Nikołaja Kolady - rosyjskiego aktora, reżysera, dramaturga i, jak się okazuje, także teatralnego psychologa.
Kiczowate przeboje biesiadne w aranżacji disco-polo sugerują klimat małego, prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Polsce. Miasteczka, gdzie prawdopodobnie w okolicach rynku stoi odlany z betonu teatr. Lokalny przybytek sztuki, a w nim dyrektorzy, aktorzy, eksmężowie, kochanki, aktorki, reżyserzy z kompleksami i bez oraz prawdziwe talenty i pseudoartyści. Nic nie stało na przeszkodzie, by Krzysztof Materna reżyserujący komedię "Gąska" w Teatrze Śląskim poprzestał na zabawnej historii trójkąta, a chwilami miłosnego czworoboku z przyjezdną, młoda aktoreczką. Tymczasem na Scenie Kameralnej powstał seans aktorskiej prywatności. Wobec największych wyzwań grania Fedry, Edypa czy Doktora Fausta, aktorzy w "Gąsce" grają role równie trudne - pozostają sobą, naturalnie próbując na scenie akty z prywatnego życia aktora.
W tej specyficznej teatralnej psychodramie Kolada okazuje się bezwzględnym znawcą ludzkich dusz. Teatralny wieczór należy zdecydowanie do Bogumiły Murzyńskiej. Gra dojrzałą aktorkę Olę, która musi przekrzyczeć dwa akty, by w finale wyszeptać do męża (wyborna gra Wiesława Sławika) kilka ciepłych słów, na które on czekał całe życie. Wszystko po to, by ponownie po ludzku, bez aktorskiej emfazy powiedzieć drugiemu człowiekowi, że go kocha. Jest w roli Murzyńskiej, obok komediowego rysu demonicznej żony-potwora, coś głębszego. Jest jej ból, złość, miłość, tęsknoty i daleka od akceptacji zgoda na przemijanie. Na pierwsze kroki tego, co młodsi zwykli nazywać starością.
Materna w gorzkiej komedii Kolady jaskrawo stawia pytania: jak czuje się kobieta, żona, matka dwójki dzieci w cieniu wyzywającej, czerwonej szminki na ustach młodej Gąski (w tej roli debiutująca studentka III roku krakowskiej PWST Katarzyna Maciąg) o kuszącym mężczyzn ciele? Jak czuje się aktorka, która nie zagra już Julii twarzą w twarz z Julią, która bezczelnie wkracza w jej życie i uwodzi męża niczym własnego Romea? Jak żałośnie wyglądają pięćdziesięciolatkowie, którym prowokacyjnie roześmiana Gąska krzyczy w twarz: jesteście nędznymi, wypalonymi artystami i równie marnymi kochankami!
Na Scenie Kameralnej centralnie ustawione w komedii Kolady łóżko Materna zamienił w obszerną, sceniczną kozetkę. Można usiąść wygodnie, przyznać się do tego, co boli, pomyśleć nawet o samobójstwie i odegrać małżeńską zdradę. Z drugiej strony rozkosznie powspominać to, co dobre, wartościowe i istotne, czyli próbować bez końca różnorodne akty z życia. Zaś granica między fikcją a rzeczywistością, jeśli nawet jest, pozostaje bez znaczenia.
"Gąska" Nikołaja Kolady w Teatrze Śląskim"
Aleksandra Czapla
Gazeta Wyborcza - Katowice nr 97
25-04-2006
Wreszcie udany "Makbet" - intrygująca wizja Henryka Baranowskiego
Mordercze podszepty zazdrości
Po fali wystawień "Makbeta" inscenizacja Henryka Baranowskiego w Teatrze Śląskim jest pierwszą godną uwagi i intelektualnej refleksji
Nie ma w niej, na szczęście, bezpośrednich odwołań do rzeczywistości, doraźnych, publicystycznych wtrętów ani rozliczeń bieżącej polityki. Poważna - jak na arcydzieło Szekspira przystało - propozycja artystyczna sięga do dna ludzkiej duszy. Czasem byle podszept starcza, by obudzić w człowieku to, co w nim najciemniejsze i skryte. Zło.
Przedstawienie Baranowskiego zachwyca, choć też wytrąca z równowagi, niepokoi, irytuje. Silnie przemawia do wyobraźni, pozwalając widzowi rozszyfrować ukryte tropy, znaczenia i cytaty - np. z widowisk Wilsona, Tuminasa, Kantora - na tyle jednak oswojone, że wpisują się w spójną autorską wizję. Atakuje nowatorskimi, plastycznymi rozwiązaniami.
Przede wszystkim jest to twórcze odczytanie arcydzieła stratfordczyka. Reżyser poszedł śladem własnej interpretacji, według której do zbrodniczych czynów popycha Makbeta (Artur Święs) nieposkromiona ambicja żony, ale i zazdrość. Bohater nie daruje Duncanowi (Adam Baumann), że nadużył jego gościnności, zażywając uciech łoża z Lady Makbet (Anna Kadulska). Nie zapomni, że i Banquo (Grzegorz Przybył) z nią romansował. Z tego związku narodził się ich syn Fleans. Ocalał dzięki matce, wysyłającej zausznika, by wykradł go z miejsca mordu.

Fernand Léger rozróżniał reżyserów "wierzących w słowo" i "wierzących w obraz". Henryk Baranowski pasuje do tej drugiej grupy. W jego sugestywnej wizji - zakomponowanej plastycznie przez fascynujące, surrealistyczne malowidła Romana Maciuszkiewicza - aktorzy poruszają się jak w transie.
Akcja zdaje się być jedynie pretekstem dla ich utrzymanych w równych rytmach, pełnych celebry gestów, poruszeń, przemarszów, uczt i toastów. Operowy głos Białego Anioła (Joanna Woś) rozbrzmiewa z fortepianu, który z przestworzy sznurowni opada na ziemię.
Równie oniryczny charakter mają zdjęcia filmowe. Komunikują to, co niemożliwe do pokazania w teatrze, np. erupcję wulkanu. Lawa zmiatająca wszystko, co ma na drodze, stanowi tło finału. Nad pokonanym przez Macduffa (Wiesław Kupczak) Makbetem staje Malcolm (Marcin Szaforz). Strzałami z pistoletu kładzie trupem tych, dzięki którym osiągnął tron, i rozpoczyna rządy faszystowskim pozdrowieniem. Niepokojące przesłanie.
Widowisko ma dwie obsady. Makbeta gra także Anglik, Peter Tate, wypowiadający swoje kwestie w języku oryginału, a w niemym epizodzie Czarnego Anioła występuje jego rodaczka Naomi Sorkin.
Do przedstawienia Henryka Baranowskiego wraca się myślami - i to w nim najcenniejsze.
Janusz R. Kowalczyk, 4. kwietnia 2006
Obsesja zła
"Makbet (Macbeth)" w reż. Henryka Baranowskiego, Grzegorza Kempinsky'ego i Lee Jonesa w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Henryka Wach-Malicka w Dzienniku Zachodnim.
Najnowsza premiera Teatru Śląskiego "Makbet" Williama Szekspira była swoistym eksperymentem. Reżyser Henryk Baranowski zdecydował się na podwójną obsadę nie tylko głównych ról, ale i postaci drugiego planu. Makbeta odtwarzali na zmianę Polak - Artur Święs oraz Brytyjczyk - Peter Tate; ten ostatni mówiący kwestie bohatera w języku angielskim.
W trzydziestej minucie przedstawienia nad sceną pojawia się ekran, na którym widz obserwuje wściekłą, ale i zabarwioną lękiem, twarz Makbeta. Władca siedzi w czerwonym fotelu nieopodal sypialni, w której jego żona uprawia seks z Duncanem. I choć tej sceny, w takim kształcie, u Szekspira nie ma, to przecież mogłaby być. Narkotyczne przywiązanie zbrodniczej pary pozostaje zagadką dla interpretatorów "Makbeta". W zamyśle Williama Szekspira musiało istnieć między postaciami coś, co - choć nienazwane - było przyczyną tak silnego wzajemnego uzależnia. Dlaczego nie mogłoby to być pierwotne, zwierzęce pożądanie, o sado-masochistycznym podłożu? Albo poczucie winy bezpłodnego Makbeta, uznającego zdrady żony za cenę, którą musi płacić za przetrwanie małżeństwa? Dlaczego Lady Makbet, zraniona bezpłodnością męża, nie mogła wpaść w obłęd, miotając się między chęcią zemsty a chorobliwie macierzyńską wobec Makbeta czułością? Toksyczna miłość znana jest psychologom. Ona popycha ludzi do czynów, których sami potem nie rozumieją...
Henryk Baranowski tak właśnie interpretuje tę najbardziej zawikłaną z tragedii Szekspira. Na dnie duszy bohaterów, właściwie w ich podświadomości, szuka przyczyny zła, które potężnieje z mordu na mord. Problem przejęcia władzy nie jest wprawdzie motywem drugoplanowym ich działania, ale to konsekwencja obsesji, a nie bezpośrednie pragnienie rządzenia. Prawdopodobnie, gdyby nie okoliczności, Makbet i jego żona nie przewróciliby porządku w państwie. Ale na pewno popełniliby inną zbrodnię, uznając tajemniczą wróżbę Wiedźm za przymus morderstwa. Pełni kompleksów i nienasyceni wpadają w pętlę okrucieństwa, czując spełnienie, być może także seksualne, tylko zabijając innych. W katowickim przedstawieniu bardziej ona niż on, bo Makbet od początku nosi w sobie rys rezygnacji. Tak buduje tytułową postać Artur Święs, którego swoiście "miękki" sposób grania pozostaje w kontrze z duszącym lękiem sennych majaków Makbeta i ostrą ekspresją Anny Kadulskiej w roli królowej. Dzięki temu posunięciu, gdy śmierć obojga odwraca nagle role i to ona wydaje się bardziej świadoma potworności, jakich byli przyczyną, wrażenie jest przejmujące.
Druzgocący finał, po logicznie poprowadzonej akcji, byłby idealną pointą oryginalnego spektaklu. Tymczasem Baranowski, nie ufając sile swojego pomysłu, dokleił na koniec katastroficzny galop przez historię świata, bez umiaru mnożąc sceniczne efekty. W rezultacie przedstawienie, które przedtem imponowało czystością dramaturgiczną (rytm nastrojów, harmonia obrazu i muzyki) zmienia się w teatralną kakofonię, mającą udowodnić, że Zło jest wieczne. Cierpi na tym sens i... scenografia Romana Maciuszkiewicza, jeden z najpiękniejszych elementów spektaklu, w finale tracący całą metaforyczną moc. Powiększone, oniryczne w klimacie, obrazy tego malarza, skrzyżowane z projekcją zdjęć filmowych Adama Sikory, falują w przestrzeni sceny, która otwiera się i zamyka niespodziewanie, tworząc półbaśniowe, a półrealistyczne płaszczyzny. W tym świecie bez zgrzytu poruszają się postacie, równie zawieszone między rzeczywistością a snem szaleńca. Georgi Lapaishvili odział je w stroje, w których średniowieczny krój koresponduje ze współczesnością. I całą tę aurę, mającą coś z ulotności mydlanej bańki, przekłuwa ostry, współczesny motyw bałkańskiej (lub każdej innej) wojny. A przecież zaskakująca interpretacja i wyważony kształt inscenizacyjny nie potrzebowały odsyłaczy do współczesności.
O wersji angielskiej
W przedstawieniu najbardziej podobała mi się Barbara Lubos-Święs f jako Lady Makbet. Od początku pożądanie, niespełnienie i chęć zdobycia władzy prowadzą ją po cienkiej granicy między szaleństwem a światem rzeczywistym. Była kłębkiem emocji. Za to Anglik Peter Tate f podszedł do Szekspira klasycznie. Mówi do widza piękną angielszczyzną, jest precyzyjny i za chłodny, jak na emocje, które usiłuje budzić Henryk Baranowski.
Nie mam żadnych zarzutów do jego aktorstwa, jest znakomitym interpretatorem. Jego zrozumienie "Makbeta" nie przystawało jednak do, i tak skomplikowanej, całości. Na jego kolejny występ publiczności przyjdzie poczekać do czerwca.
"Po premierze "Makbeta" w Teatrze Śląskim"
Henryka Wach-Malicka
Dziennik Zachodni nr 85
10-04-2006
Makbet jest bezpłodny
"Makbet (Macbeth)" w reż. Henryka Baranowskiego, Grzegorza Kempinsky'ego i Lee Jonesa w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Aleksandra Czapla w Gazecie Wyborczej - Katowice.
Długo oczekiwana dwujęzyczna premiera "Makbeta (Macbeth)" w Teatrze Śląskim. Wnikliwa sceniczna analiza podświadomości Szekspirowskich bohaterów pod względem ich kobiecości i męskości dowodzi, że Makbet jest bezpłodny.
Przywilejem reżysera jest stawianie akcentów na dowolnie wybranych słowach tekstu. "Makbet" po lekturze Henryka Baranowskiego jawi się jako kolosalna tragedia niezaspokojonych namiętności i zazdrości. Lady Makbet, jednocześnie niewinna dziewczynka, kochanka i żona rozlicza z męskości kolejnych bohaterów tragedii. Na próżno powodowany zazdrością Makbet zabija kolejnych rywali do tronu i małżeńskiego łoża. Na próżno, bowiem miast korony zwycięzcy wyraźnym atrybutem Makbeta staje się, biała czaszka byka przywiązana u pasa. Byk jest martwy. Makbet jest bezpłodny.
Katowickie przedstawienie to sceniczny podręcznik psychoanalizy. To, co skrywane Baranowski eksponuje pierwszoplanowo. Krajobraz podświadomości zyskuje ogromne ramy obrazów Romana Maciuszkiewicza - malarza i współautora scenografii. Z pozoru pastelowe miasto tu i ówdzie pęka, na ścianach pojawiają się zacieki. Surrealistyczny seans Maciuszkiewicza nadaje ton całej inscenizacji i uwodzi publiczność. Szpetota wnętrza umysłu staje się chwilami piękna.
Ewenementem katowickiego "Makbeta" jest jego dwujęzyczność. Do międzynarodowego projektu Baranowski zaprosił brytyjskich aktorów: Petera Tate'a (aktora National Theatre w Londynie, założyciela aktorskiego studia Playground) oraz Naomi Sorkin, która na scenie pojawia się jako demoniczny Czarny Anioł. To towarzyszka Makbeta i Lady Makbet, ucieleśnienie zła i żądz, które w nich tkwią. Angielskim słowom Szekspira wypowiadanym przez Tate'a (tłumaczonym na ekranie nad sceną) towarzyszą polskie wersy w tłumaczeniu Edwarda Cordiera. W polskojęzycznej wersji Makbeta gra Artur Święs. Teatr nie rozróżnia języków, różni go jednak język ekspresji. Dwa proponowane warianty tragedii to dwa aktorskie modele. Ostatecznie gama emocji, którą oferuje Święs w roli Makbeta, jest dla mnie cenniejsza niż precyzja słów w aktorstwie Tate'a. To, co Macbeth reguluje tembrem głosu, Makbet zawiera we własnym ciele.
W "Makbecie" reżyser z barokowym rozmachem piętrzy obrazy, detale, ozdobniki i ostatecznie ilość zabija jakość. Oto w finale aktu trzeciego misternie budowany krajobraz chorej wyobraźni Makbeta i jego żony Baranowski przerywa w jednej chwili sceną "teatru w teatrze", burząc całkowicie napięcie. Czyżby teatralna próba była jednym z koszmarów Makbeta? Całość kończy obraz zstępującego Białego Anioła w asyście sił zła. Tę uniwersalną wizję połączonych pierwiastków ludzkiej duszy reżyser przetyka (zupełnie dla mnie nieuzasadnionymi) obrazami klęsk żywiołowych na świecie. O jeden krok za daleko, o jedną metaforę za dużo. A było już wystarczająco pięknie...
Odważna interpretacja Szekspira - owszem. Inscenizacja z ogromnym rozmachem - owszem. Wyzwanie aktorskie - owszem. Scenograficzna perfekcja - owszem. Bez najmniejszych zastrzeżeń polecam pierwszą połowę przedstawienia. Finał jednak na własną odpowiedzialność.ť
"Makbet (Macbeth)" - premiera angielsko- i polskojęzyczna w Teatrze Śląskim"
Aleksandra Czapla
Gazeta Wyborcza - Katowice nr 77 - Co Jest Grane/31.03
01-04-2006
Zarażeni chęcią do życia
"Dżuma" w reż. Rudolfa Zioły w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Aleksandra Czapla w Gazecie Wyborczej - Katowice.
Ja umrę, ty umrzesz, on umrze, ona umrze, my umrzemy... Jeden z najbardziej przerażających czasowników reżyser Rudolf Zioło odmienił przez wszystkich obecnych po obu stronach rampy Teatru Śląskiego
Są takie spektakle, po których człowiek nie ma ochoty klaskać. Nie dlatego, by nie było za co nagradzać artystów, ale ponieważ cisza jest bardziej wymowna. "Dżuma" Teatru Śląskiego to jedno z tych przedstawień, po których myślenie o śmierci zabiera się do własnego domu, między bliskich, do własnego łóżka. Miast żywej dyskusji w foyer, zostaje coś osobistego na dłużej, bez słów. Podręczniki do literatury różnie interpretują dżumę z powieści Camusa. Szukają licznych katastrof, udowadniają wojenną wizję, różnorako nazywają to, czego boją się bohaterowie Oranu. Zioło mógł ubrać zarazę w szatę obozów koncentracyjnych czy w komunistyczny uniform - historia świata daje aż nadto kostiumów zniewolenia. Tymczasem jego dżuma jest... bez dżumy.
Nie trzeba przecież epidemii, by lekarze stykali się ze śmiercią zbyt często. bo niemal codziennie. Wszak nie liczba zgonów rodzi ból doktora Rieux (Andrzej Dopierała), niepogodzonego z Bogiem i światem. Nie trzeba epidemii, by żony umierały mężom na choroby nowotworowe. Nie trzeba epidemii, by matka z. nieopisaną rozpaczą pakowała ubranka dziecka przewożonego do szpitala Krzyk Aliny Chechelskiej nie różni się od krzyku, który w podobnych sytuacjach ukrywamy we własnych domach. Nie trzeba epidemii, by pomagać innym i jednocześnie czekać na własną kolej w tańcu ze śmiercią, tak jak Tarrou. Marcin Szaforz gra młodego Tarrou niezwykle dojrzale, pokornie, emanując wewnętrznym spokojem. Nie trzeba epidemii, by czuć się samotnym, by pożądać, by kochać, by kraść, by zabijać.
Sceniczne miasto zarażone jest jedynie chęcią życia. Zapominamy tylko, że od dnia narodzin jesteśmy nieodwracalnie naznaczeni śmiercią. Wraz z biegiem przedstawienia scena gęstnieje od szpitalnych pustych łóżek, w tle oglądamy kolejno dezynfekowane nagie ciała, oczyszczane z życia. Bohaterowie z coraz większą trudnością poruszają się wśród szpitalnych lożck. Kluczą jak po cmentarzu między wąskimi ścieżkami mogił. Ja umrę. ty umrzesz, on umrze, ona, oni...
Na liście premier sezonu wypada odnotować kolejne dobre przedstawienie w Teatrze Śląskim. Cenną prowokację do myślenia o sobie.
"Zarażeni chęcią do życia"
Aleksadra Czapla
Gazeta Wyborcza - Katowice nr 55/06.02
08-03-2006
Zysk do obłędu
"Pod lodem" w reż. Michała Ratyńskiego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Łukasz Kałębasiak w Gazecie Wyborczej - Katowice.
Spektakl Teatru Śląskiego jest poruszający nie dlatego, że pokazuje, jak okrutne bywają prawa rynku. Wstrząsa, bo niemiecki dramatopisarz Falk Richter nie daje żadnej nadziei.
"Pod lodem" jest jedną z czterech części cyklu dramatów Richtera pod wspólnym tytułem "System". W 2003 roku pierwszą z nich, "Electronic City", wystawił po raz pierwszy w Polsce warszawski Teatr Rozmaitości. W Katowicach za kolejny tekst Richtera zabrał się Michał Ratyński, który przełożył i wyreżyserował "Pod lodem" na Scenie w Malarni. To dramat na trzech aktorów. Ratyński trafnie postawił na sprawdzone nazwiska Violetty Smolińskiej i Andrzeja Warcaby z Teatru Śląskiego. Nie pomylił się też, zapraszając gościnnie Michała Rolnickiego. Oddzieleni od siebie szklano-chromowaną scenografią (wystrój współczesnego biura) odgrywają w zasadzie trzy monodramy. Dlatego ciężar utrzymania uwagi widzów spada na nich pojedynczo. Nikt nie zawodzi.
Spektaklowi pomaga zresztą gorący, aktualny temat. Richter rzuca widzów w sam środek zaciętej walki rynkowej. Nieważne, w jakim sektorze ani w jakim kraju. Trójka bohaterów to doradcy biznesowi, pracownicy firmy konsultingowej. Jest im obojętne, czy ich klientem jest producent spinaczy biurowych, czy potężna firma komputerowa. Liczy się tylko maksymalizacja zysków i minimalizacja kosztów. Żyją zgodnie z wytycznymi podręcznika ekonomii, który potrafią cytować z pamięci. Wzmacniani każdego wieczora obowiązkowymi spotkaniami integracyjnymi i popołudniowym treningiem umysłowym (rozwiązują sudoku, japońskie łamigłówki matematyczne) muszą być w ciągłej gotowości do zdobywania nowych rynków czy przeprowadzania niezbędnej restrukturyzacji. Oczywiście sami doradcy głoszą, że to nie oni podejmują decyzje. Richter nie pozostawia jednak wątpliwości, że to ci pozorni słudzy nauki są najpotężniejszymi decydentami.
Richter, a za nim Ratyński przeprowadzają jednak na naszych oczach wiwisekcję tego doskonale funkcjonującego mechanizmu. Jest oparty na ludziach i to oni są jego najsłabszym elementem. Paul Niemand (Warcaba) załamuje się pierwszy. W jego ślady idzie A.G. (Rolnicki). Ciągła presja, stres i wieczna samotność przeważyła. Zamiast smaku sukcesu mamy więc szaleństwo. Najgorsze, że Richter nie pozostawia nadziei. Obłęd jest jedynym wyjściem z tego systemu. Chyba że będziemy twardzi i całkowicie oddani firmie, jak bohaterka grana przez Smolińską. Tylko ona pozostaje niepokonana. Rynek jest kobietą - mówi nam niemiecki dramatopisarz.
"Pod lodem" Falka Richtera w Teatrze Śląskim"
Łukasz Kałębasiak
Gazeta Wyborcza - Katowice nr 15
18-01-2006
Miłość w dobie korporacji
"Push up 1 - 3 ostatnie piętro" w reż. Grzegorza Kempinsky'ego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Aleksandra Czapla w Gazecie Wyborczej - Katowice.
Są jak zwierzęta w stadzie walczące o dominację: wykastrowani pracą mężczyźni i wysterylizowane z uczuć kobiety. Od soboty w Teatrze Śląskim sześć postaci korporacji w poszukiwaniu... miłości.
Widoczna na ścianie płaska zielona linia, podobna do tej z medycznej maszynerii, zaczyna gwałtownie drgać. Na pustą scenę wchodzi szóstka kreatywnych. Dopiero odpowiedni poziom adrenaliny pozwala im żyć. Żywi dla korporacji, martwi dla siebie. "Push up 1-3 ostatnie piętro" to czwarta premiera sezonu, pierwsza tak drapieżna, współczesna, wyczekiwana przez młode pokolenie. Dobra passa Grzegorza Kempinsky'ego trwa. Po wyrazistym "Królu Edypie" serwuje katowickiej publiczności bolesne aktorstwo. "Push up 1-3 ostatnie piętro" zobaczyć warto, bowiem na scenie Teatru Śląskiego od dawna aktorzy nie grali z taką pasją jak teraz.
Boleśnie uwiera świat Rolanda Schimmelpfenninga, odtworzony z powszechnych praktyk wielkich agencji reklamowych. Przeraża samotność tłumu; ludzi dzielą od siebie piętra, ściany i biurka. Ten najpotworniejszy mebel staje się ringiem, cennym terenem do zdobycia. Wokół zimnego, szklanego, prostokątnego epicentrum toczy się mordercza walka szóstki kreatywnych w trzech odsłonach.
Kobietę najbardziej zranić potrafi tylko inna. Sabina kontra Angelika. Zazdroszczą sobie wieku, urody, inteligencji i mężczyzn w łóżku. W pierwszym pojedynku "Push up 1-3" trudno oderwać wzrok od Ewy Kutyni, która na granicy szaleństwa opowiada o swoim pozornym sukcesie. Z obrzydzeniem przygładza niebieski kostium i nerwowo poprawia włosy, by wszystko było w najlepszym porządku. Jej rywalka to Krystyna Wiśniewska, przełożona - bezczelna w monologu, cyniczna w rozmowie z Sabiną. Udają różne, wiedząc, że ich pojedyncze życia niczym się nie różnią.
Złaknieni. Patrycja kontra Robert. Uwodzicielska Barbara Lubos-Święs i odurzony narkotycznym białym proszkiem Marcin Szaforz odgrywają teatrzyk trzydziestolatków dla dorosłych: wiele masek, gejzer emocji, obsesyjne czekanie na miłość. Ostatecznie okazują się mistrzami w mordowaniu własnych uczuć.
Singel. Jan kontra Franciszek. Ostatnia cząstka "Push up 1-3 ostatnie piętro" to apogeum samotności. Biuro to właściwie izolatka o wysokim standardzie. Sześćdziesięcioletni Jan (Jerzy Głybin) pod pozorem dbania o kondycję rozkłada własne samobójstwo w czasie tak samo precyzyjnie, jak pedantycznie wykłada rzeczy z walizki, jak powoli i dobitnie dobiera słowa, godząc nimi rywala zza biurka. Fryderyk Marka Rachonia zawieszony na pół w wirtualnym świecie internetu z takim samym wygłodnieniem pożera czekoladę, jak marzy o kobiecie. Samotni, okaleczeni, społecznie chorzy wegetują wyizolowani w drapaczu chmur.
Sześć postaci, niczym u Pirandella znalazło świetnego autora - Rolanda Schimmelpfenninga. Sześcioro (nie licząc w sztuce epizodu Aliny Chechelskiej i Grzegorza Przybyła) aktorów znalazł odpowiedni reżyser - Grzegorz Kempinsky. Pozostaje czekać na nominacje do Złotych Masek.
"Miłość w dobie korporacji"
Aleksandra Czapla
Gazeta Wyborcza - Katowice nr 294
19-12-2005
Zaraza w szklanej pułapce
"Push up 1 - 3 ostatnie piętro" w reż. Grzegorza Kempinsky'ego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Henryka Wach-Malicka w Dzienniku Zachodnim.
Lęk ma kolor błękitny, zakłamywanym uczuciom do twarzy w kiczowatym różu, a samotność idealnie koresponduje z zimną zielenią. Trzy kolory, trzy opowieści złączone miejscem akcji i trzy obszary totalnej pustki emocjonalnej, w której toną bohaterowie sztuki Rolanda Schimmelpfenniga "Push up 1-3", w polskiej wersji nazwanej "Ostatnim piętrem".
Ten tekst, oparty tylko na dialogach i monologach i z nich budujący napięcia dramatyczne, w zasadzie nie ma akcji w klasycznym rozumieniu. W rękach niewrażliwego realizatora i obojętnych aktorów nie zaskoczy odkrywczością. Ot, schematyczna gadanina o niespełnionych aspiracjach i chorych ambicjach. Jeśli jednak reżyser - tak jak Grzegorz Kempinsky w Teatrze Śląskim - wywróci tekst na nice i wydobędzie z niego przede wszystkim to, co... nienapisane, wtedy trzy historie, ograniczone szklanymi ścianami nowoczesnego biurowca zmienią się we wstrząsającą psychodramę. Z katowickiej realizacji "Ostatniego piętra" nie wypada ani jeden klocek inscenizacyjnego budulca - mądremu czytaniu tekstu towarzyszy wyjątkowo ekspresyjne aktorstwo i "laboratoryjna" scenografia Doroty Morawetz. Ze sceny wieje więc zimnym przerażeniem, w którym przynajmniej trzy czwarte widzów odnajduje własne udręki. Jeśli teatr powinien odzwierciedlać życie, to "Ostatnie piętro" spełnia ten artystycznym postulat z nawiązką. Nie przestając przy tym być teatrem, czyli sztuką umowności i wielkiej metafory!
Zaraza zalewa wszystkie piętra wieżowca znanej agencji reklamowej, w której od rana toczy się mordercze podgryzanie, wygryzanie i zagryzanie. Konkurentów zza biurka, potencjalnych kochanków, słabszych kolegów, starszych współpracowników, ludzi mądrzejszych albo tylko mniej bezwzględnych. To jedyna droga, by dostać się na tytułowe ostatnie piętro, na którym niepodzielnie panuje małżeństwo właścicieli firmy. Oni też tak szli i doszli do szczytu, więc dolne kondygnacje skwapliwie wskakują w utarte koleiny. Ale sztuka Schimmelpfenniga to nie socjologiczny dokument i nie na obrazkach z życia pracoholików zasadza się jej sens, lecz na konfrontacji zewnętrznej hipokryzji z pogruchotaną osobowością wszystkich postaci, Toczone na jawie gładkie, puste (choć często zawierające groźbę) rozmowy bohaterów przeplatane są ich monologami wewnętrznymi, w których nie ma miejsca na jakiekolwiek budujące uczcie. Wstają z lękiem, z obrzydzeniem idą do firmy, w której ani przez minutę nie są sobą, i z przerażeniem kładą się spać, wiedząc, że ta katorga nie ma końca. I, że mimo porannych mdłości nie zawrócą z drogi na szesnaste piętro albo z walki o wyjazd na placówkę do Indii, albo chociaż z podcięcia nóg koledze.
Pulsujący nienawiścią (do firmy, ale także do siebie) rytm przedstawienia wyznaczają aktorzy. Doprawdy, momentami tworzący prawdziwe kreacje. Jak Ewa Kutynia w schizofrenicznie rozedrganej spowiedzi Sabiny - młodej kierowniczki działu. jak Jerzy Głybin, grający najstarszego uczestnika wyścigu szczurów - Jana, obsesyjnie walczącego o kondycję fizyczną, w której upatruje jedynej szansy na przetrwanie. Nie ma tu zresztą gorszych i lepszych ról, są tylko mniejsze lub większe możliwości wyznaczane przez tekst. Nie sposób zapomnieć starzejącej się żony szefa - Angeliki, której Krystyna Wiśniewska nadaje tragiczny mściwej zazdrości "o wszystko", ani młodego Franciszka - Marka Rachonia, tracącego rozeznanie między realnością a światem Internetu. Biurowa miłość Patrycji, w tej roli Barbara Lubos-Święs oraz Roberta, granego przez Marcina Szaforza, to też metafora najbrudniejszej wersji międzyludzkich relacji...
To, co dzieje się na scenie jest dosłowne, prawdziwe i przekonujące, ale jednocześnie w jakiś tajemniczy sposób, uniwersalne i ponadczasowe, więc nie pozostawia widzów w wygodnej pozycji obserwatorów.
"Zaraza w szklanej pułapce"
Henryka Wach-Malicka
Dziennik Zachodni nr 296
20-12-2005
wybór: Anna Miozga
|