|
|
Jak to było ze srebrnym wieńcem… 6 sezon działalności Studium Aktorskiego zainaugurował wykład profesora Zbigniewa Siatkowskiego, zatytułowany „Helena Modrzejewska w oczach Stanisława Wyspiańskiego”. Na początku prelegent opowiadał o pierwszych wtajemniczeniach młodego Stanisława w teatr – o odgrywaniu w domu wspólnie z kolegami tego, co widziało się na scenie (profesor powiedział, że ci młodzi ludzie „chcieli być teatrem”) i uczeniu się na pamięć – pod wpływem roli Modrzejewskiej – w oryginale (czyli po niemiecku) trzeciego aktu „Marii Stuart” Schillera (wiemy o tym ze wspomnień ciotki autora „Wesela”). Kostiumami były znalezione w szafach codzienne ubrania, młody Wyspiański również rysował postaci i całe sceny. Rysunki te powstawały na plecach Lucjana Rydla, gdy obaj zajmowali w trakcie spektaklu „stojący studencki parter” (wówczas słowo „studencki” oznaczało po prostu „gimnazjalny”). W świadectwach znajdujemy również informacje, dotyczące obsady tych „domowych” przedstawień – w „Marii Stuart” Modrzejewską bywał zwykle Janek Nowicki (koledzy twierdzili, że „co najmniej jej dorównywał”), Elżbietę z kolei grał sam Wyspiański. Uwielbienie dla wybitnej aktorki dawało o sobie znać nawet wtedy, gdy Stanisław po obejrzeniu w Paryżu użytkowej sztuki „Walka kobiet” w liście pisał, że Modrzejewska byłaby z pewnością lepsza niż występujące tam aktorki. Centralnym punktem wykładu stała się opowieść o zdarzeniu, jakie miało miejsce 4 lipca 1901 roku w Łodzi po przedstawieniu „Warszawianki”, w której występowała Modrzejewska. Wtedy właśnie Wyspiański udekorował naszą tragiczkę srebrnym wieńcem. Profesor cytował rożne, często sprzeczne ze sobą relacje, dotyczące wspomnianej sytuacji, odwołując się m.in. do wywiadu z Ludwikiem Solskim, którego udzielił Eugeniuszowi Świerczewskiemu, wspomnień Ireny Solskiej i książki Józefa Szczublewskiego „Żywot Modrzejewskiej” (w tym roku wznowionej przez WAB jako „Modrzejewska. Życie w odsłonach”). Jedni twierdzą, że ów moment wcale nie był patetyczny, ponieważ Wyspiański zaszedł Modrzejewską od tyłu i nagłym ruchem założył jej wieniec. Inni zapamiętali scenę zupełnie inaczej – według nich to Modrzejewska dekorowała autora „Wesela”. Historia z wieńcem miała zapewne również za zadanie pokazać, jak trudna bywa praca historyka teatru, który musi badać nawet najdrobniejsze ślady, jednocześnie będąc nieufnym wobec znalezionych relacji. Później zgromadzeni na widowni Sceny Kameralnej goście usłyszeli o spotkaniu Wyspiańskiego w kulisach nie z Modrzejewską, a z Lady Makbet, mistrzowsko przeczytany opis tej roli, napisany wierszem, a pochodzący ze „Studium o Hamlecie” i marzeniu aktorki, która – mając już ponad 60 lat – chciała zagrać w „Protesilasie i Laodamii” – liczącym 45 stron monodramie, w którym bohaterka w niezwykle seksualny sposób (językiem „Pieśni nad pieśniami”) opowiada o „łożu” i pragnieniu połączenia się ze zmarłym mężem (bynajmniej nie ma na myśli „układów metafizycznych”). Erudycyjną opowieść o tym „współoddychaniu artystycznym” profesor Siatkowski snuł, zabarwiając ją subtelnym humorem, niezwykle swobodnie przechodząc do dygresji, by po chwili płynnie wrócić do głównego wątku. Na rozmaitych spotkaniach i odczytach podczas konferencji naukowych prelegent z reguły siedzi, na dodatek monotonnie czytając tekst swojego wystąpienia z kartki, czym skutecznie usypia audytorium. Profesor Siatkowski – podobnie, jak Ignacy Gogolewski, promujący tom rozmów „Od Gustawa Konrada do Antka Boryny” – stał, mówiąc do siedzących słuchaczy i miał z nimi kontakt wzrokowy. Piękny wieczór, który jeszcze się nie skończył… „Łączy ich jedna sprawa / sado – maso zabawa…” Po krótkiej przerwie mogliśmy obejrzeć przedstawienie dyplomowe słuchaczy Studium – „Mus wiśniowy”, czyli nieco uwspółcześnioną wersję „Apetytu na czereśnie”, niegdyś granego m.in. przez Annę Romantowską i Krzysztofa Kolbergera. W rozmowach bohaterowie mówią więc o Złotych Tarasach, zamawianiu pizzy do firmy i surfowaniu, ale piosenki Agnieszki Osieckiej pozostały bez zmian – „Gaj”, „Małgośka”, „Czy te oczy mogą kłamać”, „Sing Sing”, „Uciekaj moje serce”, „Szukam kogoś na stałe”, „Komu weselne dzieci”. W spektaklu Gosia i Marek prowadzą ze sobą grę, którą na gruncie polskim opisał już w słuchowisku „Trybunał” Ireneusz Iredyński, za granicą Milan Kundera poświęcił jej opowiadanie „Fałszywy autostop”. Teatromanom z kolei przedstawienie pewnie kojarzy się przede wszystkim z „Kto się boi Virginii Woolf?”. Spektakl prowadzi nas przez wszystkie fazy miłości. Początkowo jest zabawnie – chłopak próbuje poderwać dziewczynę („Przedwczoraj byłem wysokim blondynem”), a po chwili goni ją wokół krzesła, udając psa (żywioł komedii dell’arte). Z czasem jednak rozmowa schodzi na temat pierwszych rys, pojawiających się na świeżym związku – ona zdradza go na wakacjach, on poznaje Monikę, która śpiewa w barze. Marek je zimne obiady, pije coraz więcej, a w końcu rzuci jej prosto w twarz: „jesteś wstrętna!”. Małżonkowie nie przypominają już Adasia i Gosi z „Nas troje” Koterskiego, lecz bohaterów „Sado-maso piosenki” Republiki. „Marsz weselny” Mendelssohna staje się „Marszem żałobnym” Szopena, a „pierwszy raz” zmienia się w gwałt, dokonany przez męża, którego oddech śmierdzi żubrówką. Kulminacją upokorzeń jest scena, w której Marek popycha Gosię, a gdy dziewczyna próbuje podnieść się z podłogi, wylewa jej na głowę wódkę. Spektakl kończy „Niech żyje bal”, ale kolorowe balony, confetti i frenetyczny taniec podkreślają jedynie ironiczną wymowę tej sceny. „Mus wiśniowy” jest spektaklem, rozegranym niemal na pustej scenie i odwołującym się do wyobraźni widza. Bohaterowie piją alkohol z pustych puszek, palą nieistniejące papierosy, a krzesło może stać się stołem albo fotelem w samochodzie. Okazuje się, że wcale nie trzeba rozbierać aktorów, by pokazać scenę erotyczną – w przedstawieniu oglądamy metafory, które jednocześnie nie pozostawiają wątpliwości co do tego, na co patrzymy (przykładowo: przejażdżka corvetą z Kubą, saksofonista, pieszczący dźwiękiem Gosię). Fenomenalna jest dwójka aktorów – Anna Leśniak i Szymon Strużek. Ona posiada niezwykle plastyczną twarz i ogromną vis comica. Śmieszy, gdy oznajmia, że „w kuchni zalęgła się mysza”, ale kiedy zrywa z siebie sukienkę i zostaje w samej bieliźnie, na widowni jest martwa cisza. Jej partner jest wiarygodny zarówno wtedy, gdy jako Kuba próbuje różnych klisz językowych, jak i wcielając się w rolę pijanego męża, opowiadającego dowcip o kukułce. Oboje są nie tylko niebywale sprawni fizycznie, lecz posiadają również piękne, mocne głosy, które świetne brzmią w piosenkach wykonywanych solo i znakomicie uzupełniają się w duetach. W spektaklu Doroty Bielskiej wszystko do siebie pasuje: muzyka, wykonywana na żywo (akordeonista, saksofonista), sygnalizowanie za pomocą fragmentów melodii największych przebojów Agnieszki Osieckiej, minimalistyczna, lecz funkcjonalna scenografia i pomysłowe rozwiązanie sceny z Moniką (grająca ją dziewczyna jedynie rusza ustami, śpiewa Anna Leśniak). Po przedstawieniu wykonawcy kilkakrotnie wychodzili do ukłonów, a trwająca dobrych kilka minut owacja potwierdza jedynie klasę tego przedsięwzięcia. Tomasz Klauza |